Suwaczek z babyboom.pl

o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

niedziela, 4 listopada 2018

xxx

próba pisania posta. nie mogę komentować na innych blogach. może tu ktoś mi poradzi co robić?
nie mogę komentować u siebie.
nic nie moge...

edit: nadal nie mogę odpowiadać na komentarze ani jako ewa z mazur, ani jako anonimowy. podobno powinnam usunąć openID ale ja nie mam zielonego pojecia jak to zrobić.
mam taki komunikat:
no i co ja biedna mogę?

Blogger nie obsługuje już OpenID. Istniejące komentarze dodane przez OpenID i ustawienia OpenID mogły zostać zmienione. Więcej informacji
Zamknij powiadomienie

środa, 12 października 2016

pięć lat...



nie było mnie tu baaardzo długo, prawie 10 miesięcy. zbieram się do kupy i jakoś nie wychodzi.

dziś jest dla mnie dość ważny dzień. nie taki bardzo ważny, ale to pierwszy dzień mojego drugiego życia.
nie będę pisała elaboratów, powiem jedynie, że dziś mija 5 lat od dnia, kiedy lekarze ratując mi życie zrobili ze mnie osobę prawie niepełnosprawną.

lekarska rutyna to paskudna rzecz....

operacja wszczepienia bajpasów, to trzy godziny.
moja trwała dwanaście.

w międzyczasie panowie lekarze zafundowali mi trzeci zawał, niedotlenienie mózgu i śmierć kliniczną.

i oczywiście nikt z lekarzy na ten temat się nie zająknął a mnie nie przyszło do głowy, żeby o cokolwiek pytać zwłaszcza, że leżałam na oddziale z ludźmi, którzy mieli wymieniane zastawki.

zero kontaktu z takimi jak ja.

dowiedziałam się o tym co się wydarzyło dopiero po roku, od kolegi tamtych lekarzy. ten kardiochirurg zmienił miasto, szpital i stanowisko. na lepsze oczywiście. to on wyciągnął nagranie z mojej operacji i opowiedział mi o tym co się działo, bo sam chciał się dowiedzieć dlaczego tak bardzo źle się czuję, nie mam siły, a wysiłek, nawet minimalny powoduje ból wieńcowy, ból w skroniach i zadyszkę.

proponował sprawę w sądzie, ale akurat do tego ochoty ani zdrowia nie miałam i nie mam.

polecił mi znakomitego lekarza, ordynatora oddziału kardiologicznego.
zrezygnowałam z opieki pani doktor u której się leczyłam i zostałam pod opieką nowego lekarza, który przewrócił moje leczenie do góry nogami.

lepiej czuła się nie będę, w każdej chwili serce może zastrajkować.

źle mi jest z tym, że już nie jestem taka jak kiedyś, nie jestem sobą.
nie umiem się do tego przyzwyczaić i z tym pogodzić.

może to śmiesznie zabrzmi, ale koty, którymi się opiekujemy nadają sens mojemu życiu, kocham je, mam nadzieję, że one też mnie lubią.

 taka jest moja nowa historia.
nie jestem przywiązana do życia, zwłaszcza takiej jakości.

to tyle chciałam powiedzieć w moje piąte urodziny.

czwartek, 31 grudnia 2015

dla tych, co nie mają konta na fb.....



                                                          tu jestem codziennie, prawie....

jeśli znajdę chwilę czasu, to działam na fb, bo jest mniej absorbujacy, zabiera mniej  czasu i co tu mówić - odpowiada mi ta forma komunikacji.
tak więc do sedna.
po wielu perypetiach, pobytach w szpitalu, kolejnych koronografiach i stentach - zaproponowano mi rehabilitację kardiologiczną zapewniajac jednocześnie, że po miesiącu ( tak, tak, miesiąc w szpitalu) nie będe taka bardzo osłabiona, moja forma poprawi się zdecydowanie.
tak więc walczę z własną niemocą, ćwiczę, wylewam z siebie ostatnie poty i czekam na rezultaty.

dziś wieczorem dostałam przepustkę ( jakkolwiek to brzmi ) i do niedzieli bedę w domu.
a potem miesiąc, albo dłużej - rehabilitacja, do skutku, cokolwiek mają na mysli panie rehabilitantki.

oprócz tego psycholog, dietetyk...a jedzenie, zwłaszcza obiady - obrzydliwe.
taka dieta....
 tyle u mnie.

wszystkim życzę dobrego nowego roku, bo czasem jak patrzę co sie dzieje przypomina mi się chińska klątwa:

"obyś żył w ciekawych czasach..."

a ja sobie myslę "oby nie"....

środa, 7 października 2015

przekot


jak pies do jeża podchodzę do laptopa, otwieram bloga i zamykam. a muszę i chcę przekazać to, co mnie uwiera i to mocno.
tytuł napisany, reszta jakoś mi nie idzie.

nie bedę sie rozpisywać, krótko, bo serce pęka.

w poniedziałek, 5 października odszedł za tęczowy most nasz ukochany kot - filip - mój pierwszy w życiu kot.

w czerwcu skończył 24 lata.

kochamy go bardzo, do końca byliśmy przy nim.








biegaj sobie filipku za tęczowym mostem, po zielonych łąkach wesoły i radosny jak kiedyś...

myślę, że miałeś dobre życie.

nasz kochany olbrzymie.

wtorek, 17 lutego 2015

w koszu znalezione...


 co by tu nie mówić, jak by nie narzekać na blogera to głupi on nie jest.
czasem wasze komentarze lądują  w koszu, a ja przeglądam jego zawartość, bo gmail robi tam przechowalnię.
w koszu, znaczy się.
tym razem bloger przekierował do kosza komentarz, który mnie tak rozbawił, że myślałam, że padnę ze śmiechu.


"Ja rozumiem posiadanie 17 kotów, jeśli kogoś na to stać. Ty często mówisz, że brakuje Ci nawet na karmę i jesteś zależna od innych. Co się stanie z kotami kiedy zabraknie Ci na ich leczenie, karmę? Trzeba mierzyć siły na zamiary. "
Idalia 



zrobiłam przegląd w głowie, na blogu, zastanowiłam się nad sobą i niestety  nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek powiedziała, że "mam 17 kotów", że "brakuje mi na karmę" i, że "jestem zależna od innych".

być może ktoś o małym rozumku takie wnioski mógłby wyciągnąć, ale to rzeczywiście musiałby się sporo nagimnastykować.

postaram się wyjaśnić temu "dbaczowi kociemu" może nie wszystko, ale choć trochę.

to  nie ja mam 17 kotów, to 17 kotów ma mnie.

czy to zrozumiałe?

ja ich nie rozmnażałam, ja im często ratuję życie i zdrowie.
koty ściągają do mnie jak po sznurku, bo wiedzą, że tu są bezpieczne.

a co do reszty....
nie twój zakichany interes skąd ja biorę karmę, może kradnę?
może dorabiam "na boku" na leki?

idalio...

co cię obchodzą koty, które żyją sobie spokojnie?
co cię obchodzi skąd biorę pieniądze na leczenie?

odpowiem ci na ostatnie zdanie.

trzeba mieć trochę oleju w głowie, pomyśleć nieco, zanim się zabierze za pisanie bzdur.
 a jak się go nie ma, tego oleju znaczy, to należy sobie go dokupić.
aaaa, pieniążków zabrakło?
poszły na opłacenie internetu?

no cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary....

ps. na olej to ja ci pieniążki prześlę, najwyżej odmówię sobie jakiejś drobnej przyjemności...


znowu paski, to przez kopiowanie tego maila....

niedziela, 15 lutego 2015

kot w dom....


a na buziach banan!




prawie miesiąc siódemka przebywała w kociej klinice.
w sobotę  wróciła, a my oddychamy z lekką ( na razie ) ulgą.

o początkach choroby siódemki pisałam

tu i tu

najpierw paskudny koci wirus, potem operacja.
szew ma długość 10 cm - było co robić.
kiedy siódemka miała po tych przygodach wracać do domu, dostałam telefon, że przyplątało się zapalenie płuc. rentgen wykazał, że paskudne.
stan bardzo ciężki....

matko kochana!

i znowu informacje dzień po dniu, stan się lekko poprawia, potem coraz lepiej i lepiej.
została do ostatniego antybiotyku.
i wreszcie do domu z zaleceniem, że przez dwa tygodnie nie wolno wychodzić na dwór.
no ciekawe, jak ja ją utrzymam?
a kuweta?
a może w buty, albo pod łóżko?

kochana kocina, wie, ze trzeba do kuwetki.

a teraz będą zdjęcia.
ostrzegam, dużo zdjęć.













filip baaardzo niezadowolony, bo przecież wszystkie łóżka i fotele są jego!
cały wieczór wczoraj na skargę latał.
dziś spokojniej. obserwuje ją, ale już bez krzyków .
za dwa tygodnie zawieziemy ją na szczepienie, bo teraz może wszystko łapać, zwłaszcza po zapaleniu płuc.

piątek, 13 lutego 2015

a tak w międzyczasie....



czy my aby jesteśmy całkiem normalni?

ludzie na wsi uważają, że niekoniecznie.

nasz wiejski weterynarz również.

no to może oni maja rację???

środa, 4 lutego 2015

i do nas przyszła na chwilkę...

wierszyk bez autora, bo nie wiem kto go napisał.
dostałam podpowiedź. autorem jest Ludwik Jerzy Kern

czy wam nie przyszło nigdy do głowy, 
że śnieg powinien być kolorowy? 
albo zielony, albo czerwony, 
liliowy albo beż. 

śnieg ten lepiłoby się wspaniale, 
a bałwan biały nie byłby, ale 
albo zielony, albo czerwony, 
liliowy albo beż. 

śnieżki tak samo w zimowej porze 
byłyby wtedy w jakimś kolorze: 
albo zielone, albo czerwone, 
liliowe albo beż. 

bardzo kolory by się przydały, 
a tu tymczasem wciąż pada biały, 
biały bielutki, miękki mięciutki, 
świeży, świeżutki śnieg.


obce ślady...


i tu.....


no  co się gapisz i zdjęcia robisz?
szybko mnie wpuść, ja nie będę czekała jak te 
inne kociska!



a na polu....


i z innej strony...


w ogrodzie...


sumaczek między tujami....


pomieszane ślady.....

idź sobie zimo, idź!
ja ciebie nie lubię!

sobota, 31 stycznia 2015

gender...


jednak cierpliwość nie idzie w las.
codzienne wpuszczanie kotów do małego przedpokoju przed ich śniadaniem sprawdziło się.
zresztą one i tak mało drzwi nie wywalą...

znajda nie wchodziła, zachowywała dystans a potem biegła do kociej stołówki.
dziś straciła czujność. uzbrojona w rękawiczki chwyciłam ją podstępnie i zapakowałam do transporterka.
nie ważne, ze w międzyczasie wskoczyła na parapet, zwaliła storczyk i wywaliła mi trochę wysiewów. grunt, ze ją złapałam.

rety, co się działo!
wyrywała pazurami coraz większe dziury  w otworach tekturowego transportera, w pewnym momencie głowę wystawiła.
bałam się, ze rozwali i wylezie. grubą taśmą klejącą zakleiliśmy dolne otwory po obu stronach.

pracuś szybko wyprowadził samochód, zapakował znajdę i pojechaliśmy.
samochód celowo stał w garażu, bo znajda i na jego widok wiała.
ale tylko, jak wyjeżdżaliśmy, jak wracaliśmy to siedziała na środku podwórka.

wszystkie kociczki, które wieźliśmy do sterylki miauczały, ale znajda tak wrzeszczała i szarpała, że miałam wątpliwości czy ją dowieziemy do lecznicy.

ale jakoś się udało i nastąpiła zamiana sióstr - zołza wróciła do domu a znajda została.
ufff, jeszcze tylko trzy takie akcje przed nami, chyba trzy.

małe dzikusy nie dają do siebie podejść i własnie nie wiem jakiej płci jest ta trójka.

to jest znajda

ale miałam pisać o gender...

wiedziałam już wcześniej, zaraz po operacji, że siódemka była dwupłciowa.
znaczy się obojnak.
a według niektórych światłych po prostu gender.

siódemeczka miała jedno jąderko i macicę.
bardzo rzadko zdarza się to u kręgowców, był to pierwszy taki przypadek w praktyce pani doktor,
a drugi w praktyce lekarza, który razem z nią operował moją kocinę.

siódemka ma się dobrze, choć do domu zabrać jeszcze jej nie mogłam, bo ma szwy i założony kołnierz.
dopiero po tygodniu, a nawet 10 dniach od operacji zdejmą jej to wszystko i zabiorę  kota do domu.

ona jest kotem podwórkowym i dlatego musi pozostać w klinice, w klatce, bo te szwy wewnętrzne i zewnętrzne muszą się dobrze wygoić.

gender nie gender ten burasek jest jednym z moich ulubionych kociambrów.
od urodzenia przemywałam jej ślepka, potem jak dostałam od blogowych koleżanek krople, to zakraplałam.
nigdy się nie broniła, nie drapała.

i okazuje się, że nie musi być siódemkiem, może być nadal siódemką.


piątek, 23 stycznia 2015

odwiedziny....


jak to na ogół w piątki  - zakupowy wypad do iławy, który właściwie był tylko pretekstem.

odwiedziliśmy nasze koty w szpitaliku.

ja musiałam na  własne oczy obejrzeć mojego siódemka, bo tam przez telefon, to nic nie wiadomo...
jak mamusia popatrzy to wtedy uwierzy.
pani doktor mówiła, że kocię zdrowieje, je niezbyt dużo, bo mu ze względu na tę przepuklinę dawkować trzeba, ale miziasty jest i gadatliwy.

i rzeczywiście.

malutkie siedziało w klatce, ale wyszło się przywitać, pomiziać, pobudźkować
łapecka przygotowana do wenflonu, bo dużo kroplówek w kociaka pakują...

przygotowują go do operacji, bo kotek podobno wyjątkowo dobrze zareagował na leczenie
kaliciwirozy.

byle nie za szybko operacja, niech się wzmocni...do wtorku.
wtedy zapadnie decyzja, czy bidul dostanie narkozę od razu, czy jeszcze za kilka dni.

boję się tej operacji okropnie, bo trzeba zapakować do środka jelita, zszyć jamę brzuszna i jednocześnie przeprowadzić kastrację.

to dużo jak na zdrowego kota a co dopiero moja siódemeczka...

dwaj lekarze mają nad moim koteczkiem czuwać...

tak dziś wyglądała.



te ślepki wydają mi się jeszcze takie niezbyt zdrowe, ale podobno wszystko po kolei.
muszę wierzyć na słowo i czekać do wtorku na wiadomości.

a to druga delikwentka na wczasach. 
zołza jest po sterylce i obrażona na cały świat...


ma elegancki kaftanik, ale siedzi w kuwecie i udaje, ze jej nie ma.
pewnie ja trochę boli jeszcze.

******************************

od wtorku ćwiczyliśmy łapanie jej siostry, znajdki.
udawało się, dawała się nawet pogłaskać.

dziś siedziała na środku podwórka a jak ją złapałam za kark, to się tak wywinęła, że i pogryzła mnie i podrapała.
a ja w rękawiczkach byłam....
ale ja uparta jestem, sterylka jej nie ominie.

i tyle na dziś.

chorowitki na blogach zdrowieją, mam nadzieję, że wszyscy będziemy się cieszyć lada dzień.

radości póki co na razie u nas nie ma, ale jest coraz większa nadzieja.
dziękuję wam wszystkim za ciepłe słowa i podtrzymywanie mnie na duchu.
to jeszcze nie koniec.
przesyłajcie siódemeczce dużo, dużo dobrej energii.
a mnie życzcie sił....




poniedziałek, 19 stycznia 2015

kiedy kot choruje....


walczymy z kocim katarem u zeszłorocznych maluchów.
z różnym skutkiem zresztą.
krople, antybiotyk....choróbska atakują, bo mrozu nie ma, a kociaki nie nabyły odporności, matki też jej nie miały, ale one nie chorują.

zniknęła siódemka. 
myślałam, że przeniosła się do sąsiadów a ona bidula zachorowała gdzieś tam i nie miała siły wrócić...
a jak wróciła to zobaczyłam chwiejący się na łapkach szkielet.
pracuś przyniósł mi do domu potwornie śmierdzący strzępek kota.

moją siódemkę, co zawsze wyglądała tak:


słodka i zabawna.


to, że siódemka okazała się chłopakiem to w sumie szczególik.

oczy zaklejone, nos zaklejony a pyszczek....
jedna rana.
a smród....niesamowity!
nawet wody nie piła bidula.

dostałam od mojej pani weterynarz strzykawki z jakimiś odżywkami i czymś co łagodzi stany zapalne.
trzy takie zestawy na trzy dni.


dziś zawieźliśmy ja do kliniki. jego zawieźliśmy.
wetka nazwała go siódemek.

zbadała, dała mnóstwo zastrzyków, podłączyła kroplówkę, bo kot jest odwodniony.

jeśli z tego wyjdzie, podkreślam jeśli wyjdzie,
to czeka kociaka poważna operacja.
ma potworną przepuklinę, lekarce weszła ręka do brzucha.
ma jedno jąderko i to nie w pełni rozwinięte, trzeba kota wykastrować choćby ze względu na możliwe w późniejszym okresie zmiany nowotworowe... 

wczoraj wypiła trochę wody....
i wyglądała tak


szkielet z zamkniętymi ślepkami.
bez sił.
 to jest podobno kaliciwiroza.
99% śmiertelności.

pani doktor niczego nie obiecuje, wprost przeciwnie.
ja wiem, że ona zrobi co się da....

gorąca linia działa.....
we środę decyzja co dalej...

żyj moja kochana siódemeczko, moja ukochana koteczko....choćbyś nawet chłopakiem była....

ps. zawieźliśmy dziś kolejną kotkę do sterylki. miały być dwie, ale drugiej nie udało się złapac

piątek, 2 stycznia 2015

odeszła...


światopoglądowo nie było nam po drodze, a jednak umiała znaleźć ze mną wspólny język.
biła od niej radość życia, chęć pomagania innym, słabszym.
jej perlisty (tak sobie go wyobrażałam) śmiech podnosił mnie na duchu, dodawał sił.
jej mądrość, wyjątkowa, bardzo życiowa, jak mądrość starej kobiety.

tęskniła bardzo za kamerunem, dziećmi którymi się tam zajmowała
jako misjonarka.

przyjechała na urlop.

i została.

odeszła dziś w nocy.

już nie cierpi, bardzo cierpienia nie chciała.
ten gad paskudny umiaru nie ma....


będzie mi ciebie bardzo brakowało.

piątek, 26 grudnia 2014

moje wiejskie grudnie...

kilka dni temu minęły trzy lata odkąd zamieszkaliśmy na wsi.
to był grudzień, kwitły kwiaty, świeciło słoneczko...tak, tak...
zobaczcie jak wyglądały kolejne nasze grudnie....

grudzień 2011






grudzień 2012





grudzień 2013





grudzień 2014


normalnie wiosna....


zołza i wypłosz przycięły komara w budzie....to ulubione miejsce do spania wszystkich kotów, choć ja na ich miejscu wolałabym drewutnię, tam są lepsze warunki.
ale to moje zdanie.



dziś tak było do południa,
a potem

jak codziennie.
ciekawa jestem kiedy zacznie się zima i czy się zacznie.
u moich znajomych w ogrodach wyrosły krokusy, tulipany, narcyzy...

jeśli o mnie chodzi mogłoby nie być zimy, ale roślinom jest ona potrzebna.
najlepiej ze śniegiem.
musi być kołderka dla roślinek.

no i w pierwszy dzień świąt...




drugi dzień świąt






ogarniają nas macki niewiadomoczego.....

 nasze koty od wiosny bawiły się szuflą do odśnieżania. ganiały się wokół, ostrzyły pazury, przewracały, aż łopata wyzionęła ducha.
no i jakoś tak zeszło z kupnem.
mam nadzieję, że uda się nam w sobotę wyjechać do drogi.

pees: widać jak długo mi się pisało ten post...ale już nic nie chciałam poprawiać.
trudno, moje lenistwo widać jak na dłoni.

pees2: zdjęć dużo, ale może komuś będzie się chciało pooglądać???