o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

środa, 27 lutego 2013

jakby co - to u mnie wiosna....

dziś był  piękny dzień....
kawusia przed domem, szalone kocie gonitwy, zabawy i bójki.....
zasadzanie się na wróble, które czekają do ostatniej chwili i czmychają sprzed kociego nosa....
wspinanie sie po drabinie na dach drewutni i tam zabawy na pochyłym dachu.
aż bałam się, że pospadają.
a potem odkryłam, że moja wierzba japońska ma już kotki!!!!







niedziela, 24 lutego 2013

zanim znowu spadł snieg....

udało mi się uchwycić wychylające się z ziemi nowe roślinki. nie wiem czy nie za wcześnie dla nich, bo nie wszystkie były przykryte gałązkami....
a zdjęcia były robione w pierwszej dekadzie lutego.









nie wiem, czy nie za wcześnie na tulipany.
teraz są pod śniegiem.
czy je przykryć jak śnieg stopnieje?
i czy to, co rośnie obok tulipanów (tulipany to te pędy w betonowym kwadraciku na pierwszym zdjęciu) to zielsko, czy kwiatki???

zupełnie się nie znam...
na wszelki wypadek nie wyrywam.

poniedziałek, 18 lutego 2013

spacer z lewisem...

warszawskie wspomnienia ...


nie ukrywam, że do napisania tej notki skłonił mnie blog na który czasem zaglądam i wielbicielka rasy, nie wiadomo dlaczego uważanej za agresywną.
widocznie ludzie niewiele o tych psach wiedzą, bzdur się naczytali i tak poszło w świat.
 a może ludzie trafiają na nieodpowiednie psy? źle je układają? a może to są mieszańce?
 a potem pretensja do psa - winny jest człowiek - nie pies.
 bo prawda jest taka, że pies usiłuje podporządkować sobie człowieka. jest silny i wie o tym.
ale wie też, że mu tej siły nie wolno użyć.
takie psy mogą mieć tylko ludzie, którzy wiedza jak z nimi postępować.
dla mnie jest to najłagodniejszy pies jakiego  w życiu spotkałam.
tyle tylko, że pies musi wiedzieć co mu wolno a czego nie.


 lewis mnie testuje prawie za każdym razem kiedy się spotkamy. to się o mnie oprze, to mnie lekko popchnie...udaje, że nie słyszy jak mu na coś nie pozwalam...
no, ale wie, ze musi mi  ustąpić i choć robi to bez przekonania - polecenia wykonuje.
ale da rem.
był upalny, czerwcowy wieczór.  jeszcze nie bardzo ciemny, ale już szarówka.
odrywając się od kolejnego meczu piłki nożnej postanowiłam pospacerować sobie z lewisem.
samo przygotowanie go do spaceru jest bardzo męczące, bo trzeba założyć psu kaganiec.
o rany jak on tego nienawidzi najpierw chowa głowę pod klatkę piersiową, obraca nią dookoła szyi, lub wciąga jakoś tak w siebie.
robi się prawie niewidoczny i tylko jego oczy mówią: ja cię tak kocham, a ty mnie chcesz chyba ukarać,a taki kochany i malutki jestem....
 muszę powiedzieć, że lewis jest bardzo dużym psem, nawet jak na amstafa. i okropnie silnym. i takie celowanie kagańcem w pysk a potem założenie go, przy tych jego figurach wymaga ode mnie nie lada wysiłku i gimnastyki.
no ale wychodzimy.
on oczywiście ze spuszczonym łbem, obrażony i skrzywdzony.
na spacerze jest bardzo zdyscyplinowany, komendy wydaje mu się niemal szeptem. nie osiągnęłam etapu mojego młodszego syna, kiedy wystarczy spojrzenie.
mnie rozbraja to, że ten duży pies uwielbia bawić się z małymi psiakami, które na ogół obszczekują go z daleka.
gdy zobaczy innego psiaka kładzie się ( nawet w psią kupę) i zaczyna piszczeć. im bardziej psiaki są ostrożne, tym bardziej on chce się bawić.
czasem się to udaje - czasem nie. lewis przy całym swoim kochającym podejściu nie zdaje sobie sprawy ze swojej wagi. i kiedy małe psiaki  od niego uciekają, wtedy jest nieszczęśliwy. bardzo nieszczęśliwy....
no ale wracam do tego czerwcowego spaceru.
chodziliśmy tak sobie już z pół godziny i zaczęliśmy wracać do domu.
nagle nie wiadomo skąd coś przeleciało, coś się owinęło wokół moich nóg i w jednym momencie leżałam na ziemi. zdążyłam tylko puścić smycz , bo kątem oka dostrzegłam owczarka szkockiego atakującego lewisa.
o matko kochana, jakie to szczęście, że mój pies ma kaganiec - pomyślałam.
zobaczyłam trzy testosterony z piwem w ręku. testosterony były tak przerażone, że jeden wypuścił piwo z ręki, drugi wołał " do nogi".
trzeci rozdziawił gębę.
puść smycz głąbie - zawołałam podnosząc się, bo zobaczyłam, że piesek wyrwał mu się, zaatakował mojego, a ten głupek testosteron podbiegł , złapał za smycz i chciał odciągnąć swojego psa,
który był zaplatany w smycz mojego i w różne dziwne figury. drugi głąb stał nadal jak słup.
 puść tę smycz , bo inaczej nie da się rozdzielić psów, a ja się nigdy nie rozplączę, tumanie jeden!
wreszcie zrozumiał i puścił. ten z rozdziawioną gębą odciągnął owczarka, ja jakoś "uspokoiłam" lewisa.
testosteron - chyba właściciel zaczął tłumaczyć, że on nie zauważył, pies się wyrwał, był szczepiony 
( nie testosteron tylko pies) i że on zaraz zadzwoni do żony, żeby przyniosła książeczkę.
ja w tak zwanym międzyczasie zauważyłam, że ich pies utyka a mój jest cały zakrwawiony. no jak się wściekłam!!!
dawaj ten telefon - powiedziałam do testosterona, który trzymał w łapie komórkę.
dał.
stanęłam wyprostowana na całe swoje 158 cm i zapytałam słodko - ciepłym i spokojnym głosem:
"no barany, co teraz mam zrobić? zdjąć psu kaganiec czy zadzwonić na policję?" towarzystwo z lekka zgłupiało. poleciała druga butelka z piwem .po chwili testosteron - właściciel - cienko zapiał :
no to może policję????
bał się gnojek psa bez kagańca.
 no dobra. zadzwoniłam. z jego własnego telefonu. policjanci jakoś chyba blisko byli, bo po chwili podjechał radiowóz. wylegitymowali towarzystwo, "pouczyli" ( nie powiem co im powiedzieli, bo to brzydkie). mówili cicho, ale ja sobie wyostrzyłam słuch z ciekawości.na koniec dali mandacik. dwieście złotych. a za co?
- wyprowadzanie psa po spożyciu
- wyprowadzenie psa bez kagańca
- wyprowadzenie psa bez właściwej smyczy ( była to automatyczna cieniutka linka ) .
pies i ja oddaliliśmy się z godnością z miejsca zdarzenia.
nie daleko.
 dogonili nas panowie policjanci. zaproponowali zawiezienie do weterynarza. po krótkim namyśle zgodziłam się.
lekarz stwierdził: pogryziona łapę lewą, nadgryzione ucho, liczne ślady po zębach i.t.d.
aha, zapomniałam dodać, że obecny przy tej wizycie był już trzeźwy jak świnia, testosteron - właściciel i to on zapłacił za wizytę, po czym został puszczony wolno.nas panowie policjanci zawieźli do domu. 
powiedzieli mi: trzeba było zdjąć ten kaganiec....
ja na to: przecież mój by zagryzł tamtego!!!no właśnie - powiedzieli filozoficznie panowie policjanci...głupków trzeba by uczyć rozumu.
no tak, ale wtedy ja miałabym psie życie na sumieniu i sąd na głowie....
sama wyszłam z tej awantury z rozwalonym kolanem ( w tym wieku - kolano!), łokciem, umazana psią krwią , błotem i jeszcze nie wiadomo czym. 
ubranie do wyrzucenia.
i co? lewis nadal chodzi w kagańcu, tylko ja mam oczy dookoła głowy. uważnie obserwuję czy coś nie śmiga z krzaków.
to tylko jedna z wielu przygód "moich warszawskich psiaków". 


piątek, 15 lutego 2013

weekendowo...



prawda???



sąsiedzkie pogaduszki:)




może da się chwilę odpocząć?




zobaczymy co jest po drugiej stronie, dobra?



baczność! to idę ja, kot!



hmmm, chyba czuję boczuś....



smarkacze, palacze...
obrazki ze strony dowcipne obrazki


demotywatory.pl

miłego weekendu:)

wtorek, 12 lutego 2013

letnie wspomnienia...

zupełnie nie chce mi się pisać.
to chyba zima tak wpływa na moje samopoczucie.
ba, nic mi się nie chce, nawet spać w nocy...
w życiu nie byłam taka rozleniwiona i wkurzona jednocześnie.
w dodatku nie wiem na co....
dlatego, żeby zmienić widok przed oczami waszymi i moimi, kilka zdjęć z kolorowego lata.


pierwsze, leśne kwiaty....to już niedługo?:)


 słoneczniki zapewniały nam cień.....u nas była pustynia bez drzew....



 tego kwiatka nie znam, dostałam go od sąsiadki. na zdjęciu tego nie widać, ale jest przepiękny....


a to próbki mojej pierwszej w życiu rabatki.....



i na koniec moje ulubione dalie. miałam tylko 4  krzaczki, rosły w złej ziemi, ale uciecha dla oczu była.
w tym roku będzie ich więcej.!

czwartek, 7 lutego 2013

już za chwileczkę.....


mea culpa!
nie zauważyłam, że zasilacz do laptopa kończy swój żywot, bo nie całkiem stary był....
no i sierota jedna, widziałam, że raz świeci  na zielono, raz na czerwono, dziwiłam się nawet czemu widać ikonkę baterii skoro zasilacz ładuje.
i tak się dziwiłam, aż zasilacz padł, bateria się rozładowała, ekran zrobił się czarny i wszystko zgasło.

głos wyłączony i bateria mogła mnie ostrzegać, że się kończy do....uśmiechniętej śmierci .

a ja, jak ta ostatnia ofiara, nie mogłam uwierzyć w to co widziałam.
oczywiście na allegro zasilacza znaleźć nie umiałam.
uruchomiłam starsze dziecko i zasilacz już wysłany.
kurierem wysłany, ale moje dziecko nie rozumie, że kurierem na moją wieś, i to zimą, to tak, jak furmanką zaprzężoną w kulawego konia.
wysłany w poniedziałek - jeszcze nie doszedł.
na pracusia laptopie zanim coś napiszę, to mi pot z czoła spływa - takie ma jakieś kretyńskie oprogramowanie.
ja poza xp żadnego nie rozumiem.
to był najlepszy program (dla mnie przynajmniej) to go już nie ma....
to znaczy - w nowych laptopach nie ma, na allegro jest...

tak więc jeszcze żyję, wkurzam się i czekam.
bo jak się okaże, że to nie zasilacz.....no szlag mnie trafi na miejscu.

i tak jakaś nerwowa się ostatnio zrobiłam.

na waszych blogach pobuszuję jak już odzyskam swojego laptopa, bo do tego nie mam już siłki.
ani nerwów.
pozdrawiam was serdecznie i  aby do wiosny!

aha!

koty są wszystkie! bożenka karmiła je dobrze, bo spaślaki okrutne!
jednak nauka nie poszła w las...