o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

czwartek, 27 grudnia 2012

przepraszam...

przepraszam wszystkich bardzo serdecznie. 
być może był ktoś, kto zastanawiał się, dlaczego mnie nie ma tyle czasu?
albo nikt się nie zastanawiał, były święta, każdy ma swoje sprawy.
a to takie prozaiczne i wkurzające....
mój laptop przestał pisać. nagle i bez powodu.
mogłam sobie chodzić po blogach, po stronach, ale żeby napisać choć jedną literkę?
ni chusteczki!


teraz piszę na pożyczonym, mam go na chwilę.
nie wiem, kiedy mój będzie sprawny, tu na wsi czy nawet w miasteczku trudno o kogoś, kto naprawi a nie zepsuje bardziej...

dlatego też, już teraz życzę moim wszystkim miłym gościom

najpiękniejszego nowego roku. szczęścia i radości. i baaaaaaaardzo dużo miłości!!!


szampańskiej zabawy lub jak kto woli, ciszy i spokoju przy telewizorze...

do zobaczenia pewnie dopiero w przyszłym, 2013 roku
oby był lepszy dla nas wszystkich.
a w ostateczności - nie gorszy!


dopisek z 28.12.2012r.

mój laptopek znalazł się na leczeniu. bardzo intensywnym i w rękach specjalisty wysokiej klasy.
wróci do domu dopiero około 5 stycznia:(
trudno.....

piątek, 21 grudnia 2012

idą święta.....





ze szczerego serca w ten piękny czas,
gdy gwiazdka świeci dla wszystkich nas,
życzę miłości
bez trosk i złości,
pokoju na świecie
i wszystkiego, czego  pragniecie,
niech wam się spełni i radości doda...
i niech będzie biało!
żeby się szczęście zawsze do nas uśmiechało!



wszystkiego najpiękniejszego:)

środa, 19 grudnia 2012

choinka...


dziękuje za oddane na nią głosy...
wczoraj przez cały dzień była nawet na III miejscu!
w sumie na 33 występujące koty zdjęcie foczuni zajęło bardzo wysokie , jej zdaniem, V miejsce.
dziękujemy:)



święta.....
wspaniały czas z mojego dzieciństwa......
tata przynosił wysoką na ponad 2 metry choinkę. stała w pokoju, obok balkonu, od wigilijnego ranka i czekała aż ją ubierzemy.
tata, mój brat i ja....mama w tym czasie dzierżyła władzę w kuchni.
do nas  tylko dochodziły zapachy.... wspaniałe zapachy....dziś już takich nie ma....
przemieszane były, przeróżne. pasta do podłogi, sernik, szarlotka, pieczone mięsa, bigos, smażona ryba....jak to wszystko razem się połączyło......do dziś czuję ten zapach....cudowny zapach. zapach mojego dzieciństwa.
a, no i oczywiście był "wystany w kolejce" karp, którego zresztą oprócz mamy nikt nie jadł...
po południu, gdy tata wrócił z pracy zaczynało się ubieranie choinki.
to było wydarzenie!
no bo gdzie najlepiej powiesić karuzelę, a gdzie pawie oczko? gdzie bombki duże, gdzie małe.
oczywiście brat i ja ubieraliśmy tę pannę młodą tylko na tyle, na ile sięgały nasze ręce. wyżej, to już była domena taty. czasami potrzebna była drabinka. nie zawsze zgadzaliśmy się między sobą gdzie i co należy powiesić.
wtedy zgodnym chórem wołaliśmy "mamoooo, chodź, zobacz".
i mama niezastąpiona i ukochana przychodziła, popatrzyła i już wiedziała.
ponieważ miała zmysł artystyczny, jej oko zawsze wypatrzyło najlepsze miejsce na choince .
potem jeszcze trochę waty i przepiękne, robione w zimowe wieczory łańcuchy.
na koniec wielka gwiazda na czubku choinki.
cudowna była ta choinka!
potem już tylko oczekiwanie na kolację wigilijną.
nie była wystawna, to nie te czasy.
ale zjedzona w rodzinie pełnej miłości była wspaniała. smakowała tak...., że do dziś pamiętam.
 i .......prezenty. nigdy nie wiedzieliśmy co dostaniemy. to była niespodzianka do samego końca.

czasem przychodził mikołaj ( do tej pory nie wiem kto nim był), czasem upominki w pośpiechu zostawiał pod drzwiami....raz była rózga! przez dwie godziny łypała na nas uśmiechniętym okiem...
a my na nią....
potem pojawiły się prezenty. widocznie nie byliśmy tacy bardzo niegrzeczni.
to były czasy, kiedy prezent trzeba było wychodzić, a marzenia nasze były zupełnie inne niż marzenia np. moich dzieci. ale też były wspaniałe, myślę, że bardziej wyśnione niż teraz, kiedy tylko wystarczy mieć dużo pieniędzy.....
wtedy pieniędzy było mało, przynajmniej w mojej rodzinie. ale było bardzo dużo miłości....
potem dwa dni świąt spędzane na ogół razem, we czworo. czas zabaw, spacerów, rozmów i błogiego leniuchowania przy książce i radiu.
a może to tylko lata dzieciństwa wspomina się z rozrzewnieniem? może to były całkiem zwyczajne święta, podczas których mama stała przy garnkach i ciągle coś podgrzewała? może to tylko dzieci widziały je jako wspaniałe i cudowne, a dorośli zupełnie inaczej?
nie zapytam już o to moich rodziców.....

niedziela, 16 grudnia 2012

moi mili...





po raz drugi przedstawiam 
foczunię...
wysłałam jej zdjęcie na konkurs zorganizowany przez blog



tytuł konkursu:


tu klik, w  napis.

zdaję sobie sprawę z tego, jak niewielkie mamy szanse na jakieś miejsce, choćby w połowie stawki .
jestem zbyt krótko na blogspocie, mam zbyt mało znajomych, którzy zagłosują na mojego kota...
poza tym, wielu z was ma innych faworytów.
to zrozumiałe.
a ja nie umiem agitować.
ale jeśli znajdzie się ktoś, kto wejdzie .....
i zagłosuje na 


bo zdjęcie tego kota mu się podoba, 
to będziemy baaaardzo wdzięczne.

głosowanie zacznie się 17 grudnia (poniedziałek) i potrwa do
 20 grudnia (czwartek).

poniedziałek, 10 grudnia 2012

randka... ciag dalszy....


wejdź mała, nie krępuj się.


dasz pyszczka?


wiecie co? fajna z niej laska, tylko trochę nieśmiała...


ps. dopisek z 11 grudnia: rozpirzyla mi sie polska czcionka w laptopie. nie moge uzywac polskich liter, bo mi wskakuja w srodek innych wyrazow.
i bede pisala malo zrozumiale.
przepraszam:(

sobota, 8 grudnia 2012

randka..

konkurs u jasnej!  "kot w oknie"

zdjęcie konkursowe:)



dzień dobry, mam na imię foczunia.
filip mnie zaprosił, mogę wejść???

czwartek, 6 grudnia 2012

posypało....


drugi raz piszę ten post,
ponieważ kot przeszedł się po klawiaturze
 i został mi tylko tytuł....
                                                             *************
wprawdzie nas nie zasypało, ale w nocy popadało. niezbyt mi się to podoba, ale czy ktoś w chmurach pytał mnie o zdanie?




w same mikołajki, których nigdy nie obchodziliśmy nawet jako dzieci, mamy naszą rocznicę. wprawdzie w tym roku nieokrągłą, ale jak zawsze uroczystą.
czyli co? oczywiście obiad w iławie...




pracuś zjadł na obiad rozpływającą się w ustach szarlotkę na ciepło, z bitą śmietaną i lodami...


a ja opychałam się naleśnikami z warzywami, opiekanymi w sosie serowym...


może nie porażają urodą, ale zapewniam was....niebo w gębie...

potem poszliśmy popatrzeć na zamarznięty przy brzegu jeziorak...


i czekające na smaczne kąski kaczki i inne wodne ptaszydła



i nagle zrobiła się szarówka jak to w grudniu, i czas powrotu do domu.
nie lubię jeździć lasami po ciemku....

wtorek, 4 grudnia 2012

darowane życie

ciąg dalszy :"jednego momentu",

"czy pani mnie słyszy? proszę pani, proszę otworzyć oczy. już po wszystkim"...
nie mogłam pozbierać myśli. uciekały, takie nieuchwytne, jak nie moje...dalekie. otworzyłam oczy, bo ktoś mi tak mówił, nie wiedziałam, że mam zamknięte...
"spać, spać" - pomyślałam, "dlaczego mnie budzą"?
"proszę nie zamykać oczu, pani ewo, niech pani popatrzy na mnie" - męski głos był zdecydowany i mocny.
"na kogo mam patrzeć, nic nie rozumiem, dlaczego ktoś każe mi na siebie patrzeć? przecież mam otwarte oczy, nie widzę nikogo....
ten głos cały czas mówi, nie chcę słuchać, chcę spać. bardzo jestem senna, czemu ktoś obcy mnie budzi? budzik nie dzwonił, dlaczego mam otworzyć oczy?"
nagle jedna myśl przeleciała mi przez głowę: "powinnam być w pracy, szłam do pracy, to gdzie ja jestem? i co to znaczy, że jest już po wszystkim? ale  nie ważne, chcę spać, tak mi dobrze"....
"niech pani nie zasypia, proszę nie spać, proszę się obudzić! leszek, co tam się dzieje?"
"cholera, co chwilę nam ucieka"....
"mamy ją!!!".
"czemu tak wrzeszczą? już prawie spałam. tak mi dobrze było"...
otworzyłam oczy. obraz był zamglony, widziałam zarys głowy....człowieka?
"gdzie ja jestem?" - pomyślałam
"już w porządku. jest pani w szpitalu. miała pani wypadek teraz wszystko będzie dobrze".
"wypadek? jaki wypadek. przecież wypadek boli a mnie nic nie bolało. tylko te światła....przepiękne....
powoli zaczęłam widzieć coraz wyraźniej. to chyba rzeczywiście szpital. ludzie ubrani na zielono, pełno aparatury.
" a może mnie kosmici porwali" - pomyślałam w przypływie wisielczego humoru.
"gdzie ja jestem?"
 - wycharczałam jakimś dziwnym głosem.
" w szpitalu. miała pani wypadek".
"jaki wypadek?"
"wjechał w panią samochód. to nie pani wina. przechodziła pani przez jezdnię, światło było zielone, kierowca podobno pani nie zauważył. dobrze, że chociaż  wezwał pogotowie i nie nawiał, ale przyjechał tu za panią. kogo mamy zawiadomić?"
" a która jest godzina"? - zapytałam ni w pięć ni w dziewięć.
"ósma rano".
"o rany" o tej porze nikogo. wszyscy są w pracy i nie chcę, żeby tu lecieli na złamanie karku".
zmęczyło mnie to długie zdanie, bardzo zmęczyło. ale czy ktoś je słyszał? czy ja to powiedziałam, czy tylko pomyślałam? miałam taki drewniany język.
pić......
"najlepiej będzie jak ja do nich zadzwonię jak stąd wyjdę".
"jest tu pani dopiero od niedawna i jeszcze trochę pani zostanie".
"ale dziś wyjdę, prawda?"
"ani dziś, ani jutro. poleży pani trochę u nas. odzyskała pani przytomność dość szybko, zrobiliśmy co potrzeba, ale nie wiadomo, co może się zdarzyć. na ten moment stwierdziliśmy złamanie nogi w dwóch miejscach, złamanie trzech żeber, i wstrząśnienie mózgu. poza tym była pani nieprzytomna.
 musi pani zostać."

*************

miałam czas, żeby wiele spraw przemyśleć. swoje dotychczasowe życie przede wszystkim. zastanawiałam się, jak to możliwe, że uciekłam grabarzowi spod łopaty i dostałam jeszcze jedna szansę na życie. przecież  w dotychczasowym  nie zrobiłam nic takiego, co musiałabym naprawić. nie zrobiłam nic strasznego...ale też nic specjalnie dobrego..
wiele spraw, które mogły się potoczyć inaczej, było już nieaktualnych.
nie można było tego zmienić, nie zależały ode mnie..
a może to wcale nie o to chodziło? może ten wypadek był potrzebny, bo....no właśnie po co? czemu lub komu miał służyć?
co miało się stać takiego w życiu , że był konieczny?
 czy musiałam prawie stracić życie, żeby coś miało się ułożyć inaczej, niekoniecznie dla mnie, ale dla moich bliskich?
bo przecież w jakimś celu dostałam od losu drugie życie.
a może....przez pomyłkę, albo....przez przypadek?
a jeśli w jakimś celu - to w jakim?
minęło kilka lat.
nadal nie wiem....
choć jeszcze dwa razy uciekałam grabarzowi spod łopaty ...w krótkim czasie...
po co?
może po to, by przykopać jeszcze mocniej?

sobota, 1 grudnia 2012

mój kącik do czytania...

zachciało mi się kącika!
jakby w domu było mało miejsca do czytania!
nie, ja chcę tak przytulnie, pod lampką, najlepiej w sypialni....
z książką, nogi na podpórce.
wygodnie ma być i przytulnie....
no i pracuś mi wyszykował kącik....
nawet protokołu odbioru nie było.
mój czytelniany kącik został natychmiast przekształcony w znakomite miejsce do spania.
na zmianę z szafą.
lub otwartą szufladą.