kiedy mieszkałam w warszawie pory roku zupełnie inaczej wyglądały niż teraz, na wsi.
lato kończyło się, gdy robiło się chłodno, liście na drzewach zmieniały kolor, spadały kasztany....
a na wsi? już jest po lecie...
w dodatku tak mało go było.
jeśli nie muszę, staram się nie wychodzić z ogrodu, bo wszędzie, jak okiem sięgnąć ponura, zaorana ziemia.
i to jest dla mnie koniec lata, zwłaszcza, że i bociany odleciały z naszej okolicy gdzieś dalej, na swoje sejmiki....
a jesieni nie cierpię, niestety.
od dziecka dwie pory roku wprawiają mnie w paskudny nastrój.
są to jesień i zima oczywiście!
i cóż można powiedzieć?
"aby do lata"
. tego zielonego, pysznego, soczystego, pachnącego łąką i kwiatami.