nie cierpię, wprost nienawidzę, jak mi coś wyskoczy pod koniec grudnia i nie da się załatwić od razu.
na raty tylko.
nie było rady, trzeba było zaraz na początku roku jechać do warszawy i częściowo przynajmniej załatwić sprawę, która kosztowała mnie mnóstwo zdrowia i nie mało pieniędzy.
w dodatku możemy jechać najwyżej na dwa dni, bo przecież zwierzaki w domu.
jednego dnia wyjechać, następnego wrócić..
a sprawa nie z tych co się w pięć minut załatwi.
zwłaszcza jak trzeba przemyśleć co dalej....
cholera by to wzięła.....
trzeba było zostawić dziecku pracusia sprawę do dopilnowania.
samo zaproponowało.
ale jak ogólnie wiadomo - dorosłe dzieci czasu nie mają....
bo całe mnóstwo swoich spraw.
i w dodatku mieszkają daleko od miejsca dopilnowania sprawy...
w warszawie wszędzie jest daleko...
poza tym dziecko też potrzebuje, żeby mu coś załatwić...
najlepiej natychmiast!
moja sprawa może poczekać....
pali się?
no nie.....
normalka....
a ja bym chciała mieć to jak najszybciej z głowy...
cierpliwości we mnie za grosz!
najchętniej wsiadłabym do pociągu, pojechała na tydzień i załatwiła ...
kiedyś, teraz już niestety nigdzie sama nie pojadę...
eh, życie.....
i paskudne choroby.
i jeszcze ta zima, która powoduje u mnie wieczne doły co roku.
staram się je omijać, ale czasem się nie uda...
nigdy nie umiałam żyć bez słońca i ciepła.....
nic mi się nie chce i tylko potrafię się zamartwiać.
również głupotami.
i na zapas.
a bezsenność to już w ogóle koszmar nie do opisania.
i to wszystko na moją jedną, biedną głowę....