Suwaczek z babyboom.pl

o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

piątek, 9 listopada 2012

wyróżniona....

najpierw dostałam od lusi


za pogodę ducha i poczucie humoru:)

a następnego dnia od jasnej...


i trudno,  trzeba odpowiedzieć na pytania:

1. mój ulubiony numer - 7 - to moja cyfra urodzeniowa.
2. ulubiony napój bezalkoholowy - nie mam ulubionego napoju.
3. ulubione zwierzę - i kot i pies
4. ulubiona pasja - ogród
 5. ulubiony dzień tygodnia - na emeryturze każdy dzień jest ulubiony:). 
6.  facebook - owszem, twitter - nie, zdecydowanie
7. ulubiony kwiat - prawie każdy na który patrzę w danej chwili.
i to tyle.pytania banalne, kiedyś odpowiadałam na trudniejsze....

szczerze?
nie lubię typowania, bo to nigdy nie jest sprawiedliwe. i wiem, że wiele osób tego nie lubi...
ale skoro muszę

1. lotka           http://comniecieszy.blogspot.com/
za jej dobre serce, ciepło, za piękne słowa, które u niej czytam od lat a dopiero niedawno się odezwałam.
2. andante       http://babciaeuropejka1.blogspot.com/
też lata całe za nami, pięknie pisze o muzyce, o swoich cudach, w ogóle jest fantastyczna.
3. anna            http://dzialka-anny.blogspot.com/
ona pomogła mi odnaleźć piękno kwiatów, sprawiła, że coraz bardziej rozumiem ogród
4. dominika     http://siedlisko-sumowko.blog.onet.pl/
dzięki niej poznałam piękno pojezierza, piękno lasu i przyjaźń między dwoma kotami i cudownym psem.
5. paczucha     http://paczucha.blog.onet.pl/
choć na razie ma milczące chwile, to jak napisze, to dopiero jest frajda czytania. pięknie pisze! i kota ma!

a poza tym uważam, że to dzięki  wam wszystkim, jest mi tu dobrze . i wszystkim należą się te dwa wyróżnienia. dziękuję pięknie jeszcze raz:)

wtorek, 6 listopada 2012

tofi, tofi, tofi...

kiedy przedstawiałam dokarmiane koty, napisałam, ze tofinka to niekończąca się historia....
i tak jest.
dlatego opowiem wam naszą, tofinki i moją historię.

jakiś miesiąc po tym, kiedy zaczęliśmy dokarmiać koty sąsiadów, w środku dnia usłyszałam przeraźliwy wrzask, pisk i nie wiadomo jeszcze jakie dźwięki.
zdziwiłam się, bo nigdy nie zdarzyło się, żeby na nasze podwórko wszedł kot kiedy pies biegał luzem.
wszystkie koty wiedziały, że ten pies to bandyta i chętnie by się kotami odżywiał.
ja jeszcze nie bardzo dobrze chodziłam po operacji, ale scena jaką zobaczyłam dała mi taką adrenalinę, że pokonałam kilka stopni ganku, wrzeszcząc do pracusia o pomoc.

pies stał na środku podwórka i machał głową, a wokół jego głowy majtał się kot.
nie pomagało: puść, zostaw i inne mniej cenzuralne słowa. kot latał psu dookoła łba.
niewiele myśląc złapałam psa za obrożę, on się szarpał a ja z bólu miałam gwiazdy w oczach.
w tym momencie kot dziwnym sposobem poleciał pod tuje i tam został. 
psa przejął ode mnie pracuś a ja powlokłam się do kota.
tyle tylko, że pies jakimś cudem wyszarpnął się i też pognał do kota.
ja byłam szybsza, złapałam kota, nie mając pojęcia czy żyje i co z nim jest.
był cichutki jak myszka.
pies natomiast wył w niebogłosy...
obejrzałam kota, maleńkiego kociaczka - pozornie był cały, choć zakrwawiony.
pies wył, krew się lała strumieniem.
okazało się, że maleńki kotek pokonał dużego psa wbijając mu pazury w nos.
stąd ta krew. z psa - nie z kota.
odniosłam kociaka do domu, przytulając go i głaszcząc.
tofinka chwilę po uratowaniu...

i od tamtej pory moją właścicielką jest właśnie ta maleńka tofinka.

na wiosnę spotykałyśmy się obie za drewutnią, bo ona nie wchodziła do nas, bała się.
to były wspaniałe zabawy.
wtedy właśnie została moją właścicielką. 
i tak jest nadal.
jeśli tylko widzi, ze ja bawię się z jakimś kotem - to natychmiast ten kot dostaje łomot.
jak jest szczególnie wkurzona - to i mnie się łapą obrywa.
choć już teraz nie, bo kilka razy dostała palcem ode mnie.
ona łapą - ja palcem.
ale koty dostają łomot równo, nie ma starszy czy młodszy. 
niech tylko któryś zbliży się do mnie  za bardzo.
ostatnio biedna jest gapa, bo lubi siedzieć u mnie na kolanach.
tofinka leje ją wtedy, gdy mnie nie ma w pobliżu (widzę te bijatyki przez okno).
a poza tym?
jeśli spotkamy się za drewutnią, lub kociczka wraca z pola a ja zawołam: tofi, tofi, tofi, to natychmiast jest przy mnie, łasi się, mruczy - taka mała kiciunia z przed kilku miesięcy.
przy pozostałych kotach mogę sobie wołać ile chcę.
udaje, ze mnie nie zna, że to nie do niej....
czasem nawet syknie na mnie, nastroszy się...
i powiedzcie mi, jak to możliwe, żeby taki kociak zapamiętał, kto mu uratował życie i kto się z nim w dzieciństwie bawił?
bo nie mam wątpliwości, że ona pamięta.

tofinka teraz...
i jeszcze.
dość często tofinka podchodzi do psiej klatki, siada w odległości około pół metra i wpatruje się w psa.
pies toczy pianę, szaleje, mało się nie wścieknie...
a kociczka po jakimś czasie podnosi sie i dostojnym krokiem odchodzi....

ps. otrzymałam dwa wyróżnienia, dzień po dniu. 
napiszę o nich w następnej notce, a teraz tylko baaaardzo dziękuję:)

piątek, 2 listopada 2012

będę miała ogród...

tyle, że dopiero w przyszłym roku.
kupując  dom nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że tu może nie być ani jednego kwiatka.
kiedy go oglądaliśmy nic nie kwitło, ale myślałam, ze może przekwitło i już nie ma.
no i okazało się, ze nie ma, bo nigdy nie było.
a, nie, przepraszam, za drewutnią schowane, kwitły róże.
które zresztą wymarzły zimą i bardzo późno dwa krzaki odbiły.

bożenka usiłowała violetce wcisnąć jakieś kwiaty, ale violetce podobno nic nie chciało wyrosnąć.
podobno, bo ja tu nie widzę miejsca gdzie cokolwiek mogłoby być posiane czy posadzone.
są tylko drzewa i krzewy iglaste a między nimi kamyki lub trawa.
na wiosnę pracuś wyrwał trochę miejsca i posadziliśmy przede wszystkim dalie i posialiśmy różne kwiatki jednoroczne. oraz szpaler słoneczników, które latem dawały nieco cienia.
bo oprócz tego, że nie ma kwiatów, to nie ma żadnego drzewka. jest wprawdzie sad, ale to w pewnej odległości od domu i bez sensu jest latać tam na kawę.
zwłaszcza, że za płotem stoją krowy sąsiadki i gzy złośliwie i boleśnie kąsają tego, co nieopatrznie za długo zwiedza.

marzył mi się ogród przed domem, wokół domu, blisko domu. tak blisko, żeby można było wejść do niego prawie prosto z domu....
niestety...
teren jest tu bardzo podmokły, wody gruntowe czy jakieś tam podskórne mają się dobrze.
tak więc poprzedni właściciele nawieźli na podwórko kilka wywrotek gruzu, wyrównali to, lekko przysypali naszą gliniastą ziemią i posieli trawkę.
a nam się zachciało róż pnących ....
co się ten pracuś kilofem namachał coby dołki pod nie wykopać.
i, żeby drzewka wokół tarasu posadzić...
 trochę dalej nie ma już kamieni, za to jest ubita ziemia, którą wywozili tu, kiedy kopali staw.
chyba walcem ona ubita jest.
wykopać dołek pod jakiś krzak to wysiłek nie lada!
a my chcieliśmy drzewek i krzewów, żeby cienisty kącik był.
nasadziliśmy tego dość dużo na wiosnę, ale jakoś słabo rosło....

poza tym niestety, nie ma przy naszym domu skrawka cienia.
nie wiem jak można mieszkać prawie 13 lat na takiej goliźnie bez cienia.
czy oni w ogóle nie wychodzili z domu?
a dzieci to się w pełnym słońcu bawiły, czy w domu siedziały?
muszę przy okazji zapytać o to violetkę, choć ona ostatnio niezbyt często do nas wpada.
tylko syn przynosi kości dla psa.
ale o ogrodzie miało być. 
o tym co go na razie nie ma.
kupiliśmy wywrotkę, taką olbrzymią ziemi ogrodowej i pracuś porozwoził ją zgodnie z moimi planami.
w cztery miejsca, bo taki będę miała ogród.
wolałabym inaczej, ale inaczej się nie da.
póki co mam tylko swoje karpy dalii i trochę róż.
wszystko inne muszę kupić. moja sąsiadka sieje tylko kwiaty jednoroczne i ma kilka pięknych peonii.
ja mam tylko dwie , ale nie wiem, czy zakwitną, bo to oporne kwiaty są...
poza tym chcę mieć przede wszystkim rośliny wieloletnie.
jednoroczne będę też siała, mam już nawet trochę nasion.
a najlepiej to zapadnę sobie w sen zimowy i wtedy odłożę kasę na kwiaty!
o!

wszystkie nasze zakupy drzewno - krzewowo - kwiatowe robiliśmy albo na allegro, albo w sklepach internetowych. i ani razu się nie zawiedliśmy.
we środę posadziliśmy kilka krzaków róż - przyszły ze sklepu internetowego.
i to tyle w tym roku....

a kiedy oglądam wasze wieloletnie ogrody, to marzy mi się, że i ja kiedyś...może...



mój tej jesieni wygląda tak...


a swoją drogą ciekawa jestem co wyrośnie z tych  dziwnych samosiejek....