Suwaczek z babyboom.pl

o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

czwartek, 31 lipca 2014

pa, koteczku....

dziś, wczesnym popołudniem pożegnaliśmy się z yarisem, synkiem gapy, bratem siódemki.
kociak pojechał do nowego domku, jakieś 20 kilometrów od nas.
trochę był zdenerwowany, pazurki  wystawione, ale trudno się dziwić.
mam nadzieję, że przyzwyczai się szybko.
ważne dla mnie, że będzie kotem wychodzącym, tak się u nas wychowywał.
nauczył się żyć pełnią życia.
niech ci się wiedzie yarisku:)





pozostały dwa czarne diamenciki czyli jacek i placek, ale i one lada dzień zmienią domek.
bura koteczka, siódemka zostanie u nas,
bo
oboje z pracusiem są  w sobie zakochani.
ona zadarła łepetynke, popatrzyła mu w oczy, wdrapała się po nogawce i ułożyła na brzuchu
sercu...
przepadli....
siódemka to w ogóle jest przylepa. w dodatku bardzo sprytna.
taka malutka smerfetka.
to pierwszy powód dla którego zostanie u nas.

a drugi to taki, że
niestety nie wchłonęła się jej pępowina, powstała przepuklina i trzeba będzie ją usunąć operacyjnie pewnie podczas sterylki.
pozostałe kociaki gapy też tak miały, ale im się wchłonęło wsio.



kolejna sprawa, to sterylka operki. powinna ją mieć już ponad tydzień temu, ale ta gadzina 
koteczka wpada w odwiedziny w sobotnie popołudnia.
lub niedzielne.
dostaje tabletkę i fruuuu!
a lecznica zamknięta....
uzgodniłam wreszcie z panią doktor, żeby wsadzać operkę do transportera kiedy się pojawi.
telefon do pani weterynarz, że jedziemy, a ona uruchomi kogoś, kto otworzy nam lecznicę.
przyznam, że kamień mi spadł z serca.
tak sobie myślę, komu by się chciało specjalnie robić coś, czego nie musi?
pani doktor się chce.
i również za to ją cenię.

a u nas nadal upał choć w telewizji mówią, że leje a nawet burze są.
może by przyjechali i sprawdzili?

niedziela, 27 lipca 2014

skąd się biorą koty???

odkąd zaczęłam cokolwiek rozumieć wiedziałam, że małe kotki biorą się z dużej kotki.
znaczy ich mamusi.
w tym przekonaniu, częściowo tylko prawdziwym, tkwiłam jeszcze jakiś dwa czy trzy tygodnie temu.
no bo, jak sama widziałam na własne oczy, małe kotki biorą się z...owsa!
tak, z takiego owsa co rośnie na polu.


najpierw z owsa wyszły dwa małe i dzikie kotki a za dwa dni jeszcze jeden.
ten jeden wyszedł z pszenicy...


no powiedzcie sami, gdyby one wzięły się z mamusi kotki to by nie były takie dzikie, prawda?
i nie mieszkałyby w zbożu

w dodatku kolorystycznie z dojrzewającym owsem współgrają.
jedna dziewczynka to tricolorka .
drugi kociak jest rudawy z białym krawatem a trzeci szaro biały.
w owsie ani w pszenicy  ich nie widać. 
tak więc niektóre kociaki biorą się z owsa a inne z pszenicy - to ustalone.


słodkie, prawda?
takie wypieczone chałeczki do schrupania. 
tylko dzikuski niesamowite!

problem jest z czarnymi kociakami.....
szczerze, bijąc się w pozszywany mostek, znaczy w serce mówię wam, że ani wczoraj, ani dzisiaj ani nie pamiętam kiedy, nic nie piłam.
no bo po pierwsze za duży upał i chęci na alkohol brak. 
a po drugie, tego co mi wolno pić to nie lubię, a co lubię to mi nie wolno. 
chyba, że naleweczka ale ona raczej na rozgrzanie...
po trzecie zapalenie oskrzeli jeszcze leczę, zwłaszcza kaszelek.

ale wracając do czarnych kociaków.
szaro już było, ja zmęczona upałem i kaszlem, najpierw myślałam, że coś z oczami mam.
no, myślę sobie, jak nie urok to przemarsz wojska, jakiegoś udaru od siedzenia w cieniu dostałam.
zobaczyłam czarnego kota!
no dobra, ja wiem, że są na naszym podwórku dwa czarne - jacek i placek.
ale trzeci???
przywołany pracuś przyleciał kurcgalopkiem a ja do niego: policz czarne koty!
no dwa są - odpowiedział zdziwiony moim żądaniem.
rozglądam się...dwa koty!
matkomojajedynakochana!
halucynacje!
były trzy - wyjąkałam.
jakie trzy? były dwa.
przed chwilą były trzy....
i zanim uwierzyłam, że mam przywidzenia i różne inne dolegliwości wieku starczego na podwórko wbiegł czarny kociak.
 prosto z moich białych hortensji!

ale kiedy dzisiaj zobaczyłam czwartego czarnego kota na podwórku postanowiłam do jesieni nie wychodzić z domu.
hortensje przekwitną, żniwa niedługo, koty znikną....
bo czarne koty biorą się z całą pewnością  z białych hortensji!.
a może nie???
zdjęć nie będzie, bo to taka dzicz te czarne, że coś niesamowitego.
uciekają jak się klamką ruszy.
tylko co zrobić, żeby mi już więcej kociaków nie przybyło?
takiej inwazji jeszcze nie miałam....

adopcje póki co nie wychodzą. koty coraz starsze...
trzeba opracować plan.
tylko jaki?


wtorek, 22 lipca 2014

słoneczny żar się z nieba leje, a ja....

a ja,
chyba tylko dlatego, żeby mi się za bardzo nie nudziło zafundowałam sobie ... zapalenie oskrzeli.
takie ni z gruszki ni z pietruszki. chyba z 15 lat nie byłam przeziębiona a tu...zonk!.
lekkie to zapalenie, ale zawsze.
pierwszy tydzień leczyłam się domowymi sposobami w nadziei, że przejdzie, ale guzik.
kaszel miałam 24 godziny na dobę. z przerwami mniej więcej 10-cio minutowymi.
w dodatku ciągle pamiętałam, że mimo leczonej rozedmy mam bardzo uważać właśnie na oskrzela.
no, ale skąd mogłam wiedzieć, że zachoruję?
nic na to nie wskazywało.

wczoraj więc wybrałam się do mojej pani doktor, zbadała mnie, zajrzała w zęby, to znaczy w gardło i pokiwała głową ze zrozumieniem.
a potem zapytała: "przeciąg czy klimatyzacja?
tak sobie myślę, że w takie upały to chyba jedno i drugie...
zrobiłam głupia minę, no bo cóż...

antybiotyk przez siedem dni, żadne tam wietrzenie się w przeciągu albo wiatraku,ani nawet na dworze kiedy jest silny wiatr.

łóżeczko i kurować się.

matko kochana, w taki upał, no nie wytrzymam!
w dodatku ja beztemperaturowa od dziecka w czasie choroby jestem
a tu dziś ni w pięć, ni w dziesięć -
wyskoczyło.
niewiele, ale ja i tak mam ciepłotę poniżej 36 stopni.

trudno, jakoś wytrzymam ten tydzień.
życie utrudnia mi fakt, że chwilami głos tracę.
oby mi to było ostatni raz!

a teraz z innej beczki.
marzyło mi się zawsze, że kiedy będę miała ogródek, to taki wiejski, niezbyt wymuskany.
mydło i powidło, przemieszane.

malwy wymarzone wyżebrałam, i wyżebrałam żółte kule, takie kwiatki co rosną przy płotach i nikt nie wie jak się nazywają.

o, to te kwiatki. wie ktoś jak one się zwą???



dzięki za podpowiedzi:)