wspaniały czas z mojego dzieciństwa......
tata przynosił
wysoką na ponad 2 metry choinkę. stała w pokoju, obok balkonu, od
wigilijnego ranka i czekała aż ją ubierzemy.
tata, mój brat i ja....mama
w tym czasie dzierżyła władzę w kuchni.
do nas tylko dochodziły
zapachy.... wspaniałe zapachy....dziś już takich nie ma....
przemieszane
były, przeróżne. pasta do podłogi, sernik, szarlotka, pieczone mięsa,
bigos, smażona ryba....jak to wszystko razem się połączyło......do dziś
czuję ten zapach....cudowny zapach. zapach mojego dzieciństwa.
a, no i oczywiście był "wystany w kolejce" karp, którego zresztą oprócz mamy nikt nie jadł...
po
południu, gdy tata wrócił z pracy zaczynało się ubieranie choinki.
to
było wydarzenie!
no bo gdzie najlepiej powiesić karuzelę, a gdzie pawie oczko?
gdzie bombki duże, gdzie małe.
oczywiście brat i ja ubieraliśmy tę
pannę młodą tylko na tyle, na ile sięgały nasze ręce. wyżej, to już była
domena taty. czasami potrzebna była drabinka. nie zawsze zgadzaliśmy
się między sobą gdzie i co należy powiesić.
wtedy zgodnym chórem
wołaliśmy "mamoooo, chodź, zobacz".
i mama niezastąpiona i ukochana
przychodziła, popatrzyła i już wiedziała.
ponieważ miała zmysł
artystyczny, jej oko zawsze wypatrzyło najlepsze miejsce na choince .
potem jeszcze trochę waty i przepiękne, robione w zimowe wieczory
łańcuchy.
na koniec wielka gwiazda na czubku choinki.
cudowna była ta choinka!
potem
już tylko oczekiwanie na kolację wigilijną.
nie była wystawna, to nie
te czasy.
ale zjedzona w rodzinie pełnej miłości była wspaniała.
smakowała tak...., że do dziś pamiętam.
i .......prezenty. nigdy nie
wiedzieliśmy co dostaniemy. to była niespodzianka do samego końca.
czasem
przychodził mikołaj ( do tej pory nie wiem kto nim był), czasem
upominki w pośpiechu zostawiał pod drzwiami....raz była rózga! przez
dwie godziny łypała na nas uśmiechniętym okiem...
a my na nią....
potem pojawiły się
prezenty. widocznie nie byliśmy tacy bardzo niegrzeczni.
to były czasy,
kiedy prezent trzeba było wychodzić, a marzenia nasze były zupełnie inne
niż marzenia np. moich dzieci. ale też były wspaniałe, myślę, że
bardziej wyśnione niż teraz, kiedy tylko wystarczy mieć dużo
pieniędzy.....
wtedy pieniędzy było mało, przynajmniej w mojej rodzinie.
ale było bardzo dużo miłości....
potem dwa dni świąt spędzane na ogół
razem, we czworo. czas zabaw, spacerów, rozmów i błogiego leniuchowania
przy książce i radiu.
a może to tylko lata dzieciństwa wspomina się z
rozrzewnieniem? może to były całkiem zwyczajne święta, podczas których
mama stała przy garnkach i ciągle coś podgrzewała? może to tylko dzieci
widziały je jako wspaniałe i cudowne, a dorośli zupełnie inaczej?
nie zapytam już o to moich rodziców.....