o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

środa, 12 października 2016

pięć lat...



nie było mnie tu baaardzo długo, prawie 10 miesięcy. zbieram się do kupy i jakoś nie wychodzi.

dziś jest dla mnie dość ważny dzień. nie taki bardzo ważny, ale to pierwszy dzień mojego drugiego życia.
nie będę pisała elaboratów, powiem jedynie, że dziś mija 5 lat od dnia, kiedy lekarze ratując mi życie zrobili ze mnie osobę prawie niepełnosprawną.

lekarska rutyna to paskudna rzecz....

operacja wszczepienia bajpasów, to trzy godziny.
moja trwała dwanaście.

w międzyczasie panowie lekarze zafundowali mi trzeci zawał, niedotlenienie mózgu i śmierć kliniczną.

i oczywiście nikt z lekarzy na ten temat się nie zająknął a mnie nie przyszło do głowy, żeby o cokolwiek pytać zwłaszcza, że leżałam na oddziale z ludźmi, którzy mieli wymieniane zastawki.

zero kontaktu z takimi jak ja.

dowiedziałam się o tym co się wydarzyło dopiero po roku, od kolegi tamtych lekarzy. ten kardiochirurg zmienił miasto, szpital i stanowisko. na lepsze oczywiście. to on wyciągnął nagranie z mojej operacji i opowiedział mi o tym co się działo, bo sam chciał się dowiedzieć dlaczego tak bardzo źle się czuję, nie mam siły, a wysiłek, nawet minimalny powoduje ból wieńcowy, ból w skroniach i zadyszkę.

proponował sprawę w sądzie, ale akurat do tego ochoty ani zdrowia nie miałam i nie mam.

polecił mi znakomitego lekarza, ordynatora oddziału kardiologicznego.
zrezygnowałam z opieki pani doktor u której się leczyłam i zostałam pod opieką nowego lekarza, który przewrócił moje leczenie do góry nogami.

lepiej czuła się nie będę, w każdej chwili serce może zastrajkować.

źle mi jest z tym, że już nie jestem taka jak kiedyś, nie jestem sobą.
nie umiem się do tego przyzwyczaić i z tym pogodzić.

może to śmiesznie zabrzmi, ale koty, którymi się opiekujemy nadają sens mojemu życiu, kocham je, mam nadzieję, że one też mnie lubią.

 taka jest moja nowa historia.
nie jestem przywiązana do życia, zwłaszcza takiej jakości.

to tyle chciałam powiedzieć w moje piąte urodziny.

czwartek, 31 grudnia 2015

dla tych, co nie mają konta na fb.....



                                                          tu jestem codziennie, prawie....

jeśli znajdę chwilę czasu, to działam na fb, bo jest mniej absorbujacy, zabiera mniej  czasu i co tu mówić - odpowiada mi ta forma komunikacji.
tak więc do sedna.
po wielu perypetiach, pobytach w szpitalu, kolejnych koronografiach i stentach - zaproponowano mi rehabilitację kardiologiczną zapewniajac jednocześnie, że po miesiącu ( tak, tak, miesiąc w szpitalu) nie będe taka bardzo osłabiona, moja forma poprawi się zdecydowanie.
tak więc walczę z własną niemocą, ćwiczę, wylewam z siebie ostatnie poty i czekam na rezultaty.

dziś wieczorem dostałam przepustkę ( jakkolwiek to brzmi ) i do niedzieli bedę w domu.
a potem miesiąc, albo dłużej - rehabilitacja, do skutku, cokolwiek mają na mysli panie rehabilitantki.

oprócz tego psycholog, dietetyk...a jedzenie, zwłaszcza obiady - obrzydliwe.
taka dieta....
 tyle u mnie.

wszystkim życzę dobrego nowego roku, bo czasem jak patrzę co sie dzieje przypomina mi się chińska klątwa:

"obyś żył w ciekawych czasach..."

a ja sobie myslę "oby nie"....

środa, 7 października 2015

przekot


jak pies do jeża podchodzę do laptopa, otwieram bloga i zamykam. a muszę i chcę przekazać to, co mnie uwiera i to mocno.
tytuł napisany, reszta jakoś mi nie idzie.

nie bedę sie rozpisywać, krótko, bo serce pęka.

w poniedziałek, 5 października odszedł za tęczowy most nasz ukochany kot - filip - mój pierwszy w życiu kot.

w czerwcu skończył 24 lata.

kochamy go bardzo, do końca byliśmy przy nim.








biegaj sobie filipku za tęczowym mostem, po zielonych łąkach wesoły i radosny jak kiedyś...

myślę, że miałeś dobre życie.

nasz kochany olbrzymie.