sama nie wiem od czego zacząć, bo tyle się działo jednocześnie...
pamiętacie może tę trójeczkę?
kurczę, obawiam się, że zacznę od końca.
albo od adama i ewy...
czyli od wczesnego początku.
nigdy nie umiałam napisać krótko i w kilku słowach ująć sedno.
w szkole moje wypracowania były najdłuższe.
no dobra, postaram się po kolei.
jak wynika ze zdjęcia ta trójka przyjaciół to dwa kocurki i koteczka.
operka urodziła się w naszej piwnicy, ale jej mama po pewnym czasie uznała, że ma dosyć macierzyństwa i zostawiła dziecko samo.
na prawie miesiąc.
ponieważ w piwnicy było cicho jak makiem zasiał, myśleliśmy, że albo kociak nie żyje, albo matka wyprowadziła go gdzieś i zostawiła na zmarnowanie.
dobrze, że w piwnicy zawsze stało suche jedzenie i woda.
mamuśka udawała, ze nie kuma i prowadzała się z innymi kotami.
pewnego październikowego popołudnia usłyszeliśmy gdzieś z końca sadu przeraźliwe miauczenie.
pracuś biegiem a ja jak się dało.
ze zrzędzeniem: poczekaj na mnie, kot nie ucieknie, ja też chcę być pierwsza!
poszliśmy do samej drogi.
wysoko na sośnie zobaczyliśmy małego kociaka.
to był ten piwniczny kotek, który jakiś cudem przetrwał i drugim cudem wydostał się z piwnicy.
słodki burasek, choć mama krówka.
rety, jaki to był wrzask!
udało się kotu zejść, zabraliśmy go ze sobą.
nie przestawał miauczeć ani na chwilę.
to była właśnie operka, tak się biedula skarżyła....
natychmiast zainteresowali się młodszą koleżanką dwaj tylko troche starsi chłopcy
i zaczęło się wspólne szaleństwo....
nigdy nie było wiadomo skąd kot wyskoczy!
teraz operka ma 8 miesięcy....
po grudniowych i styczniowych amorach okazało się, ze operka jest w ciąży.
wiedzieliśmy, że nie pójdzie, jak pozostałe kociczki, urodzić w sąsiedzkiej stodole, bo zwyczajnie nigdy tam nie była.
chłopaki wybierali się tam sami, operka czekała na nich na podwórku.
przygotowaliśmy jej dwa zaciszne i przytulne miejsca. w obu była i wydawało się nam, że oba jej odpowiadają.
10 kwietnia operka zaczęła dziwnie się zachowywać. biegała po podwórku, wpadała do kryjówek, jej kumple patrzyli zdziwieni.
a potem....nagle zaczęła rodzić.
nie w ustronnym kąciku, tylko na wycieraczce pod naszymi drzwiami.
no po prostu niesamowite!
ona rodzi, wypłosz się patrzy i chodzi dookoła a piecuch wpada w głupawkę i z napuszonym i przekrzywionym na bok ogonem szaleje po podwórku.
zupełnie nie wiadomo co robić.
wyjść z domu nie ma jak, dobrze, ze w pobliżu tylko te dwa koty.
wreszcie urodziła. i patrzy na to coś, miauczy nie wie co dalej....
już myślałam, że trzeba jej podpowiedzieć, ale zaczęła wylizywać kociaka.
wreszcie małe znalazło cyca z moją pomocą, bo operka plecami się do dzieciaka układała.
kurczę, nie można tego tak zostawić, trzeba ją z dzieckiem przenieść gdzieś.
po jakimś czasie popatrzyliśmy znowu:
dzieciak ssie, operka śpi a wokół nich leży wypłosz i grzeje małego.
najlepsza pora na przenosiny.
ale wtedy okazało się, że następne kocię w drodze.
urodziło się, mokre spadło z wycieraczki, wrzeszczy jak potępieniec, leży na pleckach, przebiera łapkami, a matka patrzy na to wszystko z obrzydzeniem i nie wie co robić.
złapałam ręcznik, żeby wytrzeć kociaka.
w tym czasie pracuś przygotował kolejne legowisko a nasz domowy kot po raz pierwszy postanowił wyjść na dwór bez namawiania.
i tak:
operka rodzi i nie daje sobie rady.
wypłosz stara się pomóc, liże starszego kociaka.
piecuch nadal skacze po podwórku w tańcu świętego wita, na zupełnie sztywnych łapach.
ja otwieram drzwi, filip pomyka mi pod nogami na dwór, przełazi przez izbę porodową .
ja wycieram kota.
do filipa doskakuje piecuch i nie przerywając głupawki wali go łapami po głowie - filip wieje do domu.
pracuś szykuje w drewutni kolejny koci kojec jednocześnie wołając do mnie:
"nie dotykaj tych kociaków, bo zostawisz swój zapach matka je odrzuci".
ja odpowiadam
"jakie odrzuci, ona zna mój zapach, wie, że nic złego nie zrobię.
poza tym ona i tak na razie nie wie co się dzieje".
zawinęłam maluchy w ręcznik i poszłam do drewutni.
pracuś złapał wycieraczkę z matką....
piecuch w swoim tańcu jakimś obłędnym plątał się nam pod nogami....
wycieraczka wylądowała na czyściutkim, nowym posłaniu
a ja na to położyłam kociaki zawinięte w ręcznik .
no nie tak miało być....
kociaki zostały z wypłoszem, bo operka wyszła z nami.
zaniosłam ją na legowisko, położyłam obok rozłażących się kociaków, pozbierałam je i poukładałam mniej więcej przy cycu.
uffffff!
wycieraczkę zabraliśmy następnego dnia, wyczyściliśmy posłanie
jest dobrze.
operka ma dzieciaki na oku, bo dorosłe koty składają wizyty młodej mamie.
bożenka mówi, ze mogą im krzywdę zrobić.
nie mogę zamknąć otworu, bo operka nie wyjdzie.
matko kochana!
wypłosz z piecuchem trzymają wartę w drewutni i nie pozwalają zbliżać się gościom za bardzo.
podejrzałam, że kładą się obok małych, jakby pilnowały, kiedy mama na zewnątrz.
w życiu o czymś takim nie słyszałam, zwłaszcza, że żaden z nich nie jest ojcem kociąt.
i powiedzcie mi o w tych kocich łebkach się działo?
wypłosz - jak położna,
piecuch jak po pępkowym.
nadal trzymają się we troje, choć oba kocurki coraz częściej udają się razem na jakieś wyprawy.
 |
pod główką operki leży kociak a położna - wypłosz odpoczywa. |
 |
czy ty musisz ciągle z aparatem latać? nie masz co robić?
sympatyczny wypłoszek...jak zawsze... |
nie zrobiłam więcej zdjęć, zwyczajnie nie zdążyłam, za szybko to wszystko się działo.
w miejscu gdzie teraz są kociaki jest za ciemno a ja nie chcę im świecić latarką.
a po ośmiu dniach....
dwa baleroniki!
a ciąg dalszy nastąpił.....