o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

wtorek, 22 kwietnia 2014

ale się działo!!!

sama nie wiem od czego zacząć, bo tyle się działo jednocześnie...
pamiętacie może tę trójeczkę?  


kurczę, obawiam się, że zacznę od końca.
albo od adama i ewy...
czyli od wczesnego początku.
nigdy nie umiałam napisać krótko i w kilku słowach ująć sedno.
w szkole moje wypracowania były najdłuższe.

 no  dobra, postaram się po kolei.

jak wynika ze zdjęcia ta trójka przyjaciół to dwa kocurki i koteczka.
operka urodziła się w naszej piwnicy, ale jej mama po pewnym  czasie uznała, że ma dosyć macierzyństwa i zostawiła dziecko samo.
na prawie miesiąc.
ponieważ w piwnicy było cicho jak makiem zasiał, myśleliśmy, że albo kociak nie żyje, albo matka wyprowadziła go gdzieś i zostawiła na zmarnowanie.
dobrze, że w piwnicy zawsze stało suche jedzenie i woda.
mamuśka udawała, ze nie kuma i prowadzała się z innymi kotami.

pewnego październikowego popołudnia usłyszeliśmy gdzieś z końca sadu przeraźliwe miauczenie.
pracuś biegiem a ja jak się dało.
ze zrzędzeniem: poczekaj na mnie, kot nie ucieknie, ja też chcę być pierwsza!
 poszliśmy  do samej drogi.
wysoko na sośnie zobaczyliśmy małego kociaka.
to był ten piwniczny kotek, który jakiś cudem przetrwał i drugim cudem wydostał się z piwnicy.
słodki burasek, choć mama krówka.

rety, jaki to był wrzask!
udało się kotu zejść, zabraliśmy go ze sobą.
nie przestawał miauczeć ani na chwilę.
to była właśnie operka, tak się biedula skarżyła....


natychmiast zainteresowali się młodszą koleżanką dwaj tylko troche starsi chłopcy
i zaczęło się wspólne szaleństwo....
nigdy nie było wiadomo skąd kot wyskoczy!
teraz operka ma 8 miesięcy....
jej kumple po 9.





po grudniowych i styczniowych amorach okazało się, ze operka jest w ciąży.
wiedzieliśmy, że nie pójdzie, jak pozostałe kociczki, urodzić w sąsiedzkiej stodole, bo zwyczajnie nigdy tam nie była.
chłopaki wybierali się tam sami, operka czekała na nich na podwórku.
przygotowaliśmy jej dwa zaciszne i przytulne miejsca. w obu była i wydawało się nam, że oba jej odpowiadają.
10 kwietnia operka zaczęła dziwnie się zachowywać. biegała po podwórku, wpadała do kryjówek, jej kumple patrzyli zdziwieni.
a potem....nagle zaczęła rodzić.
nie w ustronnym kąciku, tylko na wycieraczce pod naszymi drzwiami.
no po prostu niesamowite!
ona rodzi, wypłosz się patrzy i chodzi dookoła a piecuch wpada w głupawkę i z napuszonym i przekrzywionym na bok ogonem szaleje po podwórku.
zupełnie nie wiadomo co robić.
wyjść z domu nie ma jak, dobrze, ze w pobliżu tylko te dwa koty.
wreszcie urodziła. i patrzy na to coś, miauczy nie wie co dalej....
już myślałam, że trzeba jej podpowiedzieć, ale zaczęła wylizywać kociaka.
wreszcie małe znalazło cyca z moją pomocą, bo operka plecami się do dzieciaka układała.
kurczę, nie można tego tak zostawić, trzeba ją z dzieckiem przenieść gdzieś.
po jakimś czasie popatrzyliśmy znowu:
dzieciak ssie, operka śpi a wokół nich leży wypłosz i grzeje małego.
 najlepsza pora na przenosiny.
ale wtedy okazało się, że następne kocię w drodze.
urodziło się, mokre spadło z wycieraczki, wrzeszczy jak potępieniec, leży na pleckach, przebiera łapkami, a matka patrzy na to wszystko z obrzydzeniem i nie wie co robić.
złapałam ręcznik, żeby wytrzeć kociaka.
w tym czasie pracuś przygotował kolejne legowisko a nasz domowy kot po raz pierwszy postanowił wyjść na dwór bez namawiania.
i tak:
operka rodzi i nie daje sobie rady.
wypłosz stara się pomóc, liże starszego kociaka.
piecuch nadal skacze po podwórku w tańcu świętego wita, na zupełnie sztywnych łapach.
ja otwieram drzwi, filip pomyka mi pod nogami na dwór, przełazi przez izbę porodową .
ja wycieram kota.
do filipa doskakuje piecuch i nie przerywając głupawki wali go łapami po głowie - filip wieje do domu.
pracuś szykuje w drewutni kolejny koci kojec jednocześnie wołając do mnie:
"nie dotykaj tych kociaków, bo zostawisz swój zapach matka je odrzuci".
ja odpowiadam
"jakie odrzuci, ona zna mój zapach, wie, że nic złego nie zrobię.
poza tym ona i tak na razie nie wie co się dzieje".

zawinęłam maluchy w ręcznik i poszłam do drewutni.
pracuś złapał wycieraczkę z matką....
piecuch w swoim tańcu jakimś obłędnym plątał się nam pod nogami....

wycieraczka wylądowała na czyściutkim, nowym posłaniu
a ja na to położyłam kociaki zawinięte w ręcznik .
no nie tak miało być....

kociaki zostały z wypłoszem, bo operka wyszła z nami.
zaniosłam  ją  na legowisko, położyłam obok rozłażących się kociaków, pozbierałam je i poukładałam mniej więcej przy cycu.

uffffff!

wycieraczkę zabraliśmy następnego dnia, wyczyściliśmy posłanie

jest dobrze. 
operka ma dzieciaki na oku, bo dorosłe koty składają wizyty młodej mamie.
bożenka mówi, ze mogą im krzywdę zrobić.
nie mogę zamknąć otworu, bo operka nie wyjdzie.
matko kochana!
 wypłosz z piecuchem trzymają wartę  w drewutni i nie pozwalają zbliżać się gościom za bardzo.
podejrzałam, że kładą się obok małych, jakby pilnowały, kiedy mama na zewnątrz.
w życiu o czymś takim nie słyszałam, zwłaszcza, że żaden z nich nie jest ojcem kociąt.

i powiedzcie mi o w tych kocich łebkach się działo?
wypłosz - jak położna,
piecuch jak po pępkowym.
 nadal trzymają się we troje, choć oba kocurki coraz częściej udają się razem na jakieś wyprawy.





pod główką operki leży kociak a położna - wypłosz odpoczywa.

czy ty musisz ciągle z aparatem latać? nie masz co robić?
sympatyczny wypłoszek...jak zawsze...

nie zrobiłam więcej zdjęć, zwyczajnie nie zdążyłam, za szybko to wszystko się działo.
w miejscu gdzie teraz są kociaki jest za ciemno a ja nie chcę im świecić latarką.
a po ośmiu dniach....



dwa baleroniki!
a ciąg dalszy nastąpił.....



41 komentarzy:

  1. Ewuniu uśmiałam się do łez, ale fajne ale niezwykle cudowne wydarzenie nowe narodziny w waszym domu. Teraz trzeba nowych cudnym kociaczkom znaleźć dobre domy koniecznie. Już o tym myślę, one tam nie mogą zostać na wsi. I Ewuś myślę o recepcie, wymyśliłam najpierw naszego znajomego lekarza poprosić młode chłopię zrobił specjalizację w poniedziałek kciuki trzymaliśmy zawzięcie ale on psychiatra :)). Potem pomyślałam że pojedziemy do zaprzyjaźnionego weta może dadzą receptę? W każdym razie myślę intensywnie o tym. A i dziękuję jak nie wiem co za ten opis no bosko po prostu mieliście bosko!!!! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. elu, te recepty to byłaby wspaniała rzecz! ja już nie wiem co wymyślić, bo małych kotów jest więcej tyle, że u sąsiadki w stodole. chyba niedługo ja będę potrzebowała psychiatry....

      Usuń
  2. Dobrze, ze chociaz jeden kocurek zachowal zimna krew, bo cala reszta, to jest matka i ten drugi kocur oraz babcia Ewa na czele, potracili glowy z tej radosci porodowej. Dobrze, ze tylko dwa kociaczki sie urodzily, bo taka mloda i niedoswiadczona mamusia moglaby sobie nie poradzic z wieksza gromadka. Nie masz w planie wysterylizowac Operki?
    Zgadzam sie z Ela, ze opis jest miszczofski :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no co? pierwszy raz w życiu odbierałam poród. w dodatku kwalifikacji nie mam.
      bardzo chciałabym ją wysterylizować, zwłaszcza, że znowu ma rujkę, tak jej sie podobało. no, ale tych ale jest bardzo dużo. są jeszcze 4 kociczki

      Usuń
    2. No nie nadazysz z tymi sterylkami, ale z drugiej strony zakocisz sie na smierc, kiedy to towarzystwo zacznie sie parzyc na potege.

      Usuń
    3. coś muszę wykombinować, mam zarys planu, bo zwyczajnie nie stać mnie na tyle sterylek i nie mam warunków, żeby opiekować sie kociczkami po zabiegu. one nie sa domowe, to koty wędrujące...

      Usuń
  3. Taaaa,bardzo plastyczny,ten opis...:)))grunt to zachować zimną krew:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zimną krew to chyba jedynie wypłosz zachował.....

      Usuń
  4. No i rodzina się powiększyła............ Mama widać, że bez wprawy, koty szukają zacisznego miejsca do porodu, a ta tak na wycieraczce?? Dobrze, że karmi, bo je wychowa. Będziesz miała za kilkanaście dni darmowy teatr, jak zaczną się gramolić. Zobaczysz, będziesz siedzieć w drewutni i się gapić godzinami.......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ma wprawy, kładzie się plecami do dzieci, przygniata je, ehhhh.....
      a teatr z kotami to ja mam codziennie. i to jaki teatr!

      Usuń
  5. No nie :-)))
    A to Ci historia :-)))
    Ale że, Wypłosz i Piecuch takie opiekuńcze ?
    Czekam z ciekawością na ciąg dalszy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też się zdziwiłam, że to takie opiekuńcze chłopaki, choć żaden tatusiem nie jest...

      Usuń
  6. A to mlodziutka kociczka zostala matka, dlatego instynkt dzialal z opoznieniem. A kocury skoro od teraz tak dbaja o maluszki to nic im nie zrobia. Moj Zolciutki tez byl kiedys lepszym ojcem i przybranym ojcem niz jego partnerka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja nie wiem czy w ogóle działa jej instynkt. biegnie do drewutni jak jej sie przypomni a koci wrzask słychać na podwórku. poza tym bawi się całymi dniami ze swoimi kumplami.

      Usuń
  7. W takim tempie,cóż życie samo pisze scenariusze,a kocurki potrafią być wspaniałymi opiekunami,to wiem z moich doświadczeń.
    Co za akcja w tym Twoim wpisie Ewo,czekam na kolejną historię z życia tej gromadki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. będzie ciąg dalszy, będzie. ja kotów nie znałam, to moje pierwsze.

      Usuń
  8. Naprawdę zwierzęta czasem zachowują się dziwnie. Jak urodziła kotka moich rodziców - Mięta, to ojcować kociakom zaczął pies - Jogurt - wielki buldog amerykański (z tych niby groźnych), wylizał mięte i kociątka, potem one spały mu na plecach, a on wyglądał na szczęśliwego. Mięta tylko jemu pozwalała wkładać wielką paszczę do swoich dzieci. A druga kotka - Frida traktowała je jak jakieś dziwne stworzenia i generalnie nie zwracała na nie uwagi. Powodzenia z kociakami życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chciałabym kiedyś mieć taką kochającą się psio - kocią gromadkę. bardzo lubię takie miłości.

      Usuń
  9. Ale sie usmialam, niezwykle obrazowo to opisalas...swietna relacja...czekam na dalszy ciag! sciskam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale mieliście przeżycia ! Przydałoby się domki znaleźć dla maluszków ;) Oczywiście jak dorosną ,ale zapisy to już można robić ;))
    A nie myślałaś Ewo o sterylce Operki ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tu na wsi domki? jak jest 5 chałup i wszędzie koty? schronisko w iławie pęka w szwach. potrzeba by było wysterylizować wszystkie kotki a na to niestety mnie nie stać. a schronisko nie pomoże bo to nie są koty bezdomne....

      Usuń
  11. Nudzić się to Ty raczej nie masz kiedy,ale do kina nie musisz chodzić,bo masz na miejscu,lubię koty,Twoja gromadka jest bezkonkurencyjna,pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. święte słowa, lucy, święte słowa!

      Usuń
  12. Zwierzaki zawsze cos wymysla /smiech/!!!!
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj to prawda judytko, każdy z nich jest inny....

      Usuń
  13. Zwierzęta zawsze są pocieszne i zawsze mają pomysły.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ale się działo,faktycznie dobrze,że byłaś na miejscu i ogarnęłaś a raczej ogarnęliście towarzystwo. Czyli sukces ma wielu ojców! fajnie tam masz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. po raz pierwszy w życiu widziałam koci poród. właściwie innego tez nie widziałam na żywo.oj fajnie mam a pewnie jeszcze fajniej będzie:)

      Usuń
  15. co za emocje! kocie kino akcji :)))

    OdpowiedzUsuń
  16. No no to ci Operka-niespodzianka :-)) Pozdrowionka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niby nie niespodzianka, ale żeby w tym wieku.....

      Usuń
  17. Ewo, ależ emocje i szaleństwo, podziwiam Was, koteczka młoda jeszcze nie wie co i jak, sama jest kociakiem. Zazwyczaj młode koteczki swój pierwszy miot odrzucają - stąd się wzięło "pierwsze koty za płoty", ale Operka jest dzielna, a Ty Ewuniu - na medal! :--)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wiedziałam, że to o "takie koty " chodzi. mało się nie zadeptaliśmy wszyscy:))

      Usuń
  18. ..ale się działo ...pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  19. No rzeczywiście działo się ! :) Piękna opowieść - wzruszyłam się.
    Ruda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj ruda, żebyś ty to widziała... przy twoim wrażliwym serduszku...

      Usuń
  20. Dlaczego ja przegapiłam tak sensacyjny post? Akcja jak w horrorze;)
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń

miło mi powitać na moim blogu każdego kto czyta i ogląda to co piszę, i fotografuję.