o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

sobota, 31 stycznia 2015

gender...


jednak cierpliwość nie idzie w las.
codzienne wpuszczanie kotów do małego przedpokoju przed ich śniadaniem sprawdziło się.
zresztą one i tak mało drzwi nie wywalą...

znajda nie wchodziła, zachowywała dystans a potem biegła do kociej stołówki.
dziś straciła czujność. uzbrojona w rękawiczki chwyciłam ją podstępnie i zapakowałam do transporterka.
nie ważne, ze w międzyczasie wskoczyła na parapet, zwaliła storczyk i wywaliła mi trochę wysiewów. grunt, ze ją złapałam.

rety, co się działo!
wyrywała pazurami coraz większe dziury  w otworach tekturowego transportera, w pewnym momencie głowę wystawiła.
bałam się, ze rozwali i wylezie. grubą taśmą klejącą zakleiliśmy dolne otwory po obu stronach.

pracuś szybko wyprowadził samochód, zapakował znajdę i pojechaliśmy.
samochód celowo stał w garażu, bo znajda i na jego widok wiała.
ale tylko, jak wyjeżdżaliśmy, jak wracaliśmy to siedziała na środku podwórka.

wszystkie kociczki, które wieźliśmy do sterylki miauczały, ale znajda tak wrzeszczała i szarpała, że miałam wątpliwości czy ją dowieziemy do lecznicy.

ale jakoś się udało i nastąpiła zamiana sióstr - zołza wróciła do domu a znajda została.
ufff, jeszcze tylko trzy takie akcje przed nami, chyba trzy.

małe dzikusy nie dają do siebie podejść i własnie nie wiem jakiej płci jest ta trójka.

to jest znajda

ale miałam pisać o gender...

wiedziałam już wcześniej, zaraz po operacji, że siódemka była dwupłciowa.
znaczy się obojnak.
a według niektórych światłych po prostu gender.

siódemeczka miała jedno jąderko i macicę.
bardzo rzadko zdarza się to u kręgowców, był to pierwszy taki przypadek w praktyce pani doktor,
a drugi w praktyce lekarza, który razem z nią operował moją kocinę.

siódemka ma się dobrze, choć do domu zabrać jeszcze jej nie mogłam, bo ma szwy i założony kołnierz.
dopiero po tygodniu, a nawet 10 dniach od operacji zdejmą jej to wszystko i zabiorę  kota do domu.

ona jest kotem podwórkowym i dlatego musi pozostać w klinice, w klatce, bo te szwy wewnętrzne i zewnętrzne muszą się dobrze wygoić.

gender nie gender ten burasek jest jednym z moich ulubionych kociambrów.
od urodzenia przemywałam jej ślepka, potem jak dostałam od blogowych koleżanek krople, to zakraplałam.
nigdy się nie broniła, nie drapała.

i okazuje się, że nie musi być siódemkiem, może być nadal siódemką.


piątek, 23 stycznia 2015

odwiedziny....


jak to na ogół w piątki  - zakupowy wypad do iławy, który właściwie był tylko pretekstem.

odwiedziliśmy nasze koty w szpitaliku.

ja musiałam na  własne oczy obejrzeć mojego siódemka, bo tam przez telefon, to nic nie wiadomo...
jak mamusia popatrzy to wtedy uwierzy.
pani doktor mówiła, że kocię zdrowieje, je niezbyt dużo, bo mu ze względu na tę przepuklinę dawkować trzeba, ale miziasty jest i gadatliwy.

i rzeczywiście.

malutkie siedziało w klatce, ale wyszło się przywitać, pomiziać, pobudźkować
łapecka przygotowana do wenflonu, bo dużo kroplówek w kociaka pakują...

przygotowują go do operacji, bo kotek podobno wyjątkowo dobrze zareagował na leczenie
kaliciwirozy.

byle nie za szybko operacja, niech się wzmocni...do wtorku.
wtedy zapadnie decyzja, czy bidul dostanie narkozę od razu, czy jeszcze za kilka dni.

boję się tej operacji okropnie, bo trzeba zapakować do środka jelita, zszyć jamę brzuszna i jednocześnie przeprowadzić kastrację.

to dużo jak na zdrowego kota a co dopiero moja siódemeczka...

dwaj lekarze mają nad moim koteczkiem czuwać...

tak dziś wyglądała.



te ślepki wydają mi się jeszcze takie niezbyt zdrowe, ale podobno wszystko po kolei.
muszę wierzyć na słowo i czekać do wtorku na wiadomości.

a to druga delikwentka na wczasach. 
zołza jest po sterylce i obrażona na cały świat...


ma elegancki kaftanik, ale siedzi w kuwecie i udaje, ze jej nie ma.
pewnie ja trochę boli jeszcze.

******************************

od wtorku ćwiczyliśmy łapanie jej siostry, znajdki.
udawało się, dawała się nawet pogłaskać.

dziś siedziała na środku podwórka a jak ją złapałam za kark, to się tak wywinęła, że i pogryzła mnie i podrapała.
a ja w rękawiczkach byłam....
ale ja uparta jestem, sterylka jej nie ominie.

i tyle na dziś.

chorowitki na blogach zdrowieją, mam nadzieję, że wszyscy będziemy się cieszyć lada dzień.

radości póki co na razie u nas nie ma, ale jest coraz większa nadzieja.
dziękuję wam wszystkim za ciepłe słowa i podtrzymywanie mnie na duchu.
to jeszcze nie koniec.
przesyłajcie siódemeczce dużo, dużo dobrej energii.
a mnie życzcie sił....




poniedziałek, 19 stycznia 2015

kiedy kot choruje....


walczymy z kocim katarem u zeszłorocznych maluchów.
z różnym skutkiem zresztą.
krople, antybiotyk....choróbska atakują, bo mrozu nie ma, a kociaki nie nabyły odporności, matki też jej nie miały, ale one nie chorują.

zniknęła siódemka. 
myślałam, że przeniosła się do sąsiadów a ona bidula zachorowała gdzieś tam i nie miała siły wrócić...
a jak wróciła to zobaczyłam chwiejący się na łapkach szkielet.
pracuś przyniósł mi do domu potwornie śmierdzący strzępek kota.

moją siódemkę, co zawsze wyglądała tak:


słodka i zabawna.


to, że siódemka okazała się chłopakiem to w sumie szczególik.

oczy zaklejone, nos zaklejony a pyszczek....
jedna rana.
a smród....niesamowity!
nawet wody nie piła bidula.

dostałam od mojej pani weterynarz strzykawki z jakimiś odżywkami i czymś co łagodzi stany zapalne.
trzy takie zestawy na trzy dni.


dziś zawieźliśmy ja do kliniki. jego zawieźliśmy.
wetka nazwała go siódemek.

zbadała, dała mnóstwo zastrzyków, podłączyła kroplówkę, bo kot jest odwodniony.

jeśli z tego wyjdzie, podkreślam jeśli wyjdzie,
to czeka kociaka poważna operacja.
ma potworną przepuklinę, lekarce weszła ręka do brzucha.
ma jedno jąderko i to nie w pełni rozwinięte, trzeba kota wykastrować choćby ze względu na możliwe w późniejszym okresie zmiany nowotworowe... 

wczoraj wypiła trochę wody....
i wyglądała tak


szkielet z zamkniętymi ślepkami.
bez sił.
 to jest podobno kaliciwiroza.
99% śmiertelności.

pani doktor niczego nie obiecuje, wprost przeciwnie.
ja wiem, że ona zrobi co się da....

gorąca linia działa.....
we środę decyzja co dalej...

żyj moja kochana siódemeczko, moja ukochana koteczko....choćbyś nawet chłopakiem była....

ps. zawieźliśmy dziś kolejną kotkę do sterylki. miały być dwie, ale drugiej nie udało się złapac

piątek, 2 stycznia 2015

odeszła...


światopoglądowo nie było nam po drodze, a jednak umiała znaleźć ze mną wspólny język.
biła od niej radość życia, chęć pomagania innym, słabszym.
jej perlisty (tak sobie go wyobrażałam) śmiech podnosił mnie na duchu, dodawał sił.
jej mądrość, wyjątkowa, bardzo życiowa, jak mądrość starej kobiety.

tęskniła bardzo za kamerunem, dziećmi którymi się tam zajmowała
jako misjonarka.

przyjechała na urlop.

i została.

odeszła dziś w nocy.

już nie cierpi, bardzo cierpienia nie chciała.
ten gad paskudny umiaru nie ma....


będzie mi ciebie bardzo brakowało.