o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

niedziela, 27 października 2013

kawa....

dzień był słoneczny, jak mało który tego roku w październiku.
czyli oczywiście kawa przy stoliku na dworze!
dla mnie cienkusz przezroczysty, ale trudno.
wynosimy ciasto filiżanki, cały ten nabój potrzebny,
 a tam....










no przecież nie będziemy kotów budzić....

wtorek, 22 października 2013

koty!!!! śniadanie!!!!


no nie....nie trzeba ich wołać. 
ledwie zacznie świtać zaczynają się schodzić...
czekają.....
czasem któryś pójdzie w pole pilnie bacząc czy nie pora wracać.
przekąska z myszki przed śniadaniem nie zaszkodzi....

potem pracuś wypuszcza z piwnicy operetkę a ona swoim sopranem zawiadamia całą wieś, że właśnie idzie.
to jedyna koteczka, która nocuje w piwnicy.
tu się urodziła, tu chowała się przed, chyba nami, kiedy jej matka poszła sobie i zostawiła ją samą.
to trochę smutna historia, ale z dobrym zakończeniem.
pewnie o tym napiszę kiedyś...






















zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy  z was powiedzą, że z nas para oszołomów karmiących cudze koty.
że chyba trzeba mieć nie po kolei, żeby takie stado karmić, gotować im....
bo one dostają i gotowane i suche...
że na starość nam odbiło całkiem....
trudno, być może kiedyś, dawno temu i ja bym tak powiedziała.
tylko, że te koty to były chodzące szkielety.
egzystowały na pograniczu życia i śmierci.
zjadały chleb z margaryną jakby to były frykasy....był  wieczór, nie byliśmy przygotowani na wizytę głodnych kotów.
teraz te futra są piękne...


i jeszcze jedno. 

właśnie te kociambry pomogły mi wrócić do równowagi psychicznej po moich paskudnych przejściach.
żaden psychiatra, żaden psycholog by tego nie dokonał.
te koty leczą mnie każdego dnia.....

i jestem im wdzięczna.

piątek, 18 października 2013

jesienny las...

mam całkiem pusta głowę, myśli latają obok swoimi drogami i zebrać ich do kupy nie mogę.
bywam na waszych blogach, czytam, czasem komentuję ale ten pustostan bardzo mi przeszkadza w napisaniu czegoś sensownego.

no i ten chroniczny brak  czasu...
 
dlatego znowu pójdę na łatwiznę i wrzucę trochę jesiennych zdjęć. 
jak wiele osób zresztą.
grzybów mnóstwo.....szkoda, że wszystkie nie jadalne...









a i tak cię nie lubię, ty jesieni, paskudo jedna!