o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

środa, 26 czerwca 2013

lato, lato wszędzie.....


kiedy tak przez ostatni tydzień oglądałam na różnych programach prognozę pogody (a nuż będzie ta, co mi pasuje?), śmiech mnie ogarniał pusty...
 w każdym programie na mazurach lało, grzmiało i wiało....
tylko, ze to w telewizji było, bo w rzeczywistości to już niekoniecznie.
upał 33 stopnie, wiatru zero - w domu zdecydowanie chłodniej.
koty piły jak smoki i chodziły z pootwieranymi pyszczkami, albo padały jak długie pod krzakami.
nawet miaukotek przestał polować na ważki i przestał zwracać uwage na wróble co  mu złośliwie co i rusz przed pyszczkiem przelatywały.
dziś, no nie, wczoraj nastąpiła lekka zmiana.
rano lało, trochę się ochłodziło , ale od 11 duchota potworna. słońce, parowanie wody, zupełnie nie było czym oddychać. 
jednym słowem - sauna!
a teraz, w nocy słyszę, że pada...
ta pogoda to sobie z nas żarty robi, a ja z moim sercem ledwie zipię.
za to mój ogródek nieco pięknieje....
pnące różyczki pięknie kwitną. no, dwie dopiero, ale pączków pełno. na tych rabatowych też pączki.
nawet niektóre dalie maja pączki...
dziś odwiedziło nas niezbyt sympatyczne towarzystwo czarnych muszek. wszędzie ich pełno - oddychało się muszkami a potem pluło. bleee!

no dobra, teraz chwalę się kwiatkami!


muszki, muszki na moich ulubionych zółtych kwiatkach, których nazwy nie znam.

łan onętków = kosmosów = warszawianek - długo ich szukałam. niewysokie jeszcze, ale jak ten łan zakwitnie i podrośnie....


 na wiosnę kupiliśmy w naszym ulubionym sklepie internetowym jeden z czterech clematisów. ten zakwitł pierwszy.


 moje ulubione smolinosy. źle tu mają, trzeba je będzie na jesieni przesadzić.
 

 warszawianka w zbliżeniu.


 kolejna pnąca różyczka w kolorze różowo perłowym. ma na razie mało kwiatów, ale muszek mnóstwo!


a to już inna, różowa!



i to moja młodziutka, wsadzona na jesieni różyczka.
niestety ona i jeszcze jedna mają dziurawe listki i nigdzie nie mogę znaleźć przyczyny

a na koniec maleństwo, które nieco bryka, ale jeszcze się boi, choć dziś wlazło w miskę rudego felka i nie zwracając uwagi na syczenie wypłoszyło rudzielca!


od gapy oberwało łapką, bo zbyt długo sie jej ogonem bawiło a to nie jego matka.

aż boje się myśleć co będzie, jak gapa przyprowadzi swoje.....

nie jestem w stanie wysterylizować i wykastrować wszystkich kotów na wsi....

niedziela, 23 czerwca 2013

pomyślę o tym jutro...

jak mi się zwoje mózgowe przestaną gotować, jak się zrobi chłodniej na dworze , jak....

wtedy jeszcze dodam dwa słowa do poprzedniego postu.

dziewczyny, każda z was zasługuje na odpowiedź a ja na razie ugotowałam sobie szare komórki.
 
 dziś jest niedziela!

lato!

a takie widoki jak ten na filmiku są balsamem na moją duszę.

ot, miastowa kobita cieszy się wiejskimi scenkami!

żeby  jeszcze można było powiększyć ten film, na pełen ekran!


bo ja dziś się cieszę byle czym....

piątek, 21 czerwca 2013

przemijanie....

od dłuższego już czasu ten post chodził mi po głowie. nie umiałam go jednak ubrać w słowa tak, by dokładnie odzwierciedlił moje myśli i uczucia. nadal nie umiem....

czas....co to właściwie jest? nikt nie potrafi podać definicji, która by mnie usatysfakcjonowała.
dla każdego czas to inny czas, inne radości, inne smutki, inne szczęścia, inne rozpacze.
jedno jest pewne: czas to coś co za chwile stanie się przeszłością.
wiemy, ile go za nami - nie wiemy ile przed nami.

*****************

kilka dni temu minęły dwa lata od chwili, kiedy w szpitalu na spartańskiej w warszawie wyciągnięto mnie za uszy z powrotem na ten świat.
po raz drugi w ciągu kilku ostatnich lat
i wszystko miało być pięknie, ale...

w cztery miesiące później powtórka z rozrywki, tylko już taka z grubej rury.
lekarzom w centrum kardiochirurgi po czternastogodzinnej walce  znowu się udało wyrwać mnie z objęć kostuchy.
po raz trzeci...
tyle tylko, że skutki uboczne mojego nowego życia są niekoniecznie komfortowe. 
one są po prostu byle jakie!
i to jest moja bolączka - nie umiem się pogodzić z takim zwrotem o 180 stopni.
z tym, że nawet krótki spacer w niezbyt sprzyjających warunkach atmosferycznych natychmiast budzi wszystkie demony.
rower? nie ma mowy! nawet stacjonarny. wszystko, co powoduje wysiłek fizyczny jest zabronione.
i tak sobie siedzę na tyłku, który rośnie, mimo głodowych racji żywnościowych.
nie potrafić do tego przywyknąć, nie potrafię tego zaakceptować.
zawsze byłam żywiołowa, szybka w pracy i zabawie a teraz?
inwalidka cholerna!
   żeby choć nie bolało....

w dodatku wszystkie moje pomysły na pisanie, wstawianie zdjęć, wydają mi się mało ciekawe i nie warte waszej uwagi.
koty, ogrody - wszyscy to mają...
nie mam pomysłu na życie, bo nie wiem ile go mam - miesiąc, rok - lekarze unikają tego tematu jakbym o dżumie chciała gadać!
wiem, oni sami nie wiedzą.

     **********************

w ciągu ostatnich 30 dni odeszły do innego wymiaru  cztery moje koleżanki blogowe:

maria - dora,
 basia - roza,
 kattka, 
kurka domowa.

dwie pierwsze znałam jeszcze, z dawnych lat, z onetu.

dwie pozostałe czytałam z zapartym tchem, nieczęsto zostawiając komentarz .
dwie dziewczyny nie miały jeszcze 40 lat...

wyobrażacie sobie jak mi to dało po kulach?

a miałam żyć spokojnie, bez stresu, po to wyjechałam na wieś.

i siedzę w leżaku, gapię się na wygłupy kotów i zastanawiam się, że to nie tak miało być.
do śmierci miałam byś sprawna, pełna energii i życia a tu chała!
aupadłam na samo dno.

   **********************

wrócę do pisania bloga, ale te tragedie muszę pochować na półki, popakować w eleganckie pudełka
i postawić tam, gdzie wzrok nie sięga kilka razy dziennie.
muszę odpocząć od tych emocji, które mi skracają życie.
nie pogodzę się nigdy z moją sytuacją, bo przypomina mi o sobie na każdym kroku,  uzmysławia mi jaka jestem bezradna.
nie umiem po prostu.
wiem, byłoby mi lżej, ale mój upór jest większy.
ale co mi z tego?

nie chciałam jęczącego postu, ale wyszło jak  wyszło.
trudno....





środa, 5 czerwca 2013

rosła kalina....

w ubiegłym roku na jesieni odwiedziliśmy przyjaciół, którzy mieszkają  od lat w innym końcu mazur niż my.
bliżej ełku.w starych juchach czy jakoś tak.
ponad 200 km do nas.
sprowadzają się tylko na lato, choć dom mają całoroczny
andrzej jeszcze pracuje a i ala to robotna kobitka!
ona przyjeżdża wczesną wiosna i zostaje do późnej jesieni.
w międzyczasie są odwiedziny, wakacje, wnuki....
ale do rzeczy!
ponieważ alusia to jest dusza człowiek, oddałaby wszystko, odjeżdżaliśmy od nich z bagażnikiem wypełnionymi sadzonkami krzewów, drzewek i roślinek kwitnących.
miałam też ogromna torbę nasion jednorocznych.
posiałam je dość wcześnie i już wyszły z ziemi. nie wszystkie niestety. 
cieszę się bo będę wreszcie miała cudowne, wielkie, pachnące warszawianki - inaczej kosmos lub onętek.

jeśli chodzi o krzewy, to
najbardziej ucieszona byłam z kilku krzaków kaliny.
marzyła mi się ona, bo nie wyobrażam sobie ogrodu bez tego cuda.

drzewka i krzewy zostały posadzone, dopieszczone na zimę, ptasiego mleka im nie brakło.
kaliny miały miejsce specjalne. 

na wiosnę wszystko zaczęło rosnąć w zawrotnym tempie, ostróżki są wysokie, choć jeszcze nie kwitną, maczki kolorowe już przebiją się przez główki- będzie pięknie, aż cztery kolory....
łubin też kwitnie, no i oczywiście wszędobylskie orliczki. cudowne!

tylko juka zmarniała, może miała ucięte korzenie? szkoda, pięknie by  zakwitła....

a kalina  okazała się nie wiadomo jakim krzaczkiem.
alka przysięga, ze nie miała czegoś takiego w ogrodzie!
 śliczny jest krzaczorek, ale to nie kalina.
ma różowe kwiaty!
i tylko liście kalinowe....


ala  nie ma pojęcia co to za krzew a ja nie wiem jak szukać w googlach. po wyglądzie nie znajdę.

ech znawca ze mnie jak z koziego ogona gwizdek!




zdjęcia mało ostre ale od wczoraj u nas taka wichura, że mało głowy nie urwie!

 może ktoś z was powie mi co ja za cudo przywiozłam z ogrodu ali i andrzeja?

poniedziałek, 3 czerwca 2013

piątkowy prezent....

senne piątkowe popołudnie...
wczesne popołudnie, około piętnastej.
kurczę, chyba zbiera się na burzę, bo ptaki przelatują przed samym nosem w poszukiwaniu muszek i komarów.
a my sobie kawkę popijamy na ganku.

i nagle w ten sielski, wiejski obrazek prosto z życia, wdarło się ujadanie sąsiedzkich psów.
jakoś tak dziwnie blisko naszej bramy. jednocześnie rozległ się klakson samochodu.

- to nie do nas - powiedział pracuś.
- no nie wiem, jakoś blisko te psy szczekają.... i klaksonu byśmy nie słyszeli, gdyby ktoś do grześków przyjechał. idź, zobacz.

bo u nas, żeby zobaczyć bramę wjazdową trzeba przez pół podwórka przejść. a, żeby zapytać o co chodzi - następne pół. tak jakoś tyłem ten dom stoi.
poszedł pracuś a ja rada nie rada ( coś się w końcu dzieje w tej wsi) ruszyłam za nim.

zrobiłam ze dwa kroki i usłyszałam:
- zamawiałaś coś?" - ale pytanie, matko kochana! szybko zrobiłam rachunek sumienia pod kontem moich kontaktów z allegro i sklepami ogrodniczymi . nic, żadnych zakupów....
- aaaaaaa, to może od... - usłyszałam gdy wychodziłam zza węgła - tak, to od mnemo pewnie - wpadłam w słowo - a pan jest nowy?
- no właśnie tak pomyślałem - uradował się pracuś.

zaraz, zaraz - nowy pan listonosz nie wydawał się przekonany - że pani to pani, to ja widzę, bo poznaję ale nadawca to nie mnemo!
to jakaś pani iksińska! żadne mnemo!
- one tak do siebie mówią - wtrącił się pracuś. mnemo to znajoma.
- aaaaa, jeśli tak to inna sprawa! zresztą nie ważne kto nadawał, ważne, że paczuszka dotarła do właściwej osoby!
i nie jestem nowy, już u was byłem, nie pamięta mnie pani? ja panią pamiętam, ale ja to muszę mieć dobrą pamięć! jeździłem jak jeszcze sławek tu mieszkał. przed wami!
no, ja tu gadu, gadu a lecieć muszę dalej!

- no to uszanowanie państwu, miłego weekendu życzę - i pojechał.

a ja otworzyłam paczuszkę. myślałam, że nie dam rady tak zapakowana była.
 i oto mój piątkowy prezent!!! 
tadam.....




udało mi się na blogu mnemosyne złapać licznik z numerem 
25 000.
i dzięki temu, w nagrodę, mnemo zrobiła dla mnie to przepiękne pudełeczko na chusteczki.
w dodatku kolorami trafiła w mój gust wyjątkowo!
fiolet, rozmyta żółć i jasny zielony.
no cudo po prostu!

piękne dzięki, mnemo:)