o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

poniedziałek, 30 grudnia 2013

........

życzę wszystkim znajomym i znajomym znajomych oraz znajomym królika, 
aby ten nowy rok postarał się nieco i przynosił  same dobre, szczęśliwe dni.
na początek może, żeby zimy nie było.....
żeby wiosna była piękna....
żeby zdrowie było i szczęście, i kasa....
oraz nadzieja, że nic nas złego nie spotka.
to chyba wystarczy na początek?


szczęśliwego nowego roku!

czwartek, 26 grudnia 2013

świąteczny wiejski spacer...

u nas na wsi nie ma oświetlonych ulic, gwaru przechodniów, autobusów, tramwajów.
ani świecących, migających lampek.
jest za to polna droga i cudowne powietrze.


hmmm, mamy tez kota stróżująco - obronnego...




no i spacerek...
 prawie całym stadem....






dzieciaki jak zwykle. wygłupy im w głowach...

weź mnie na ręce. widzisz jaki gruby jestem...nóżki mnie bolą....

a gapa nawet na spacerze zwarta i czujna. a nuż jakaś mysz się za - gapi?

        ------------------------

u sąsiadów dziś goście, więc część kotów czuwa, bo może jakieś resztki będą?
reszta nie jest aż tak naiwna....

ps. nie wiem czemu odstępy się takie porobiły, na poglądzie jest dobrze.

niedziela, 22 grudnia 2013

święta...












pamiętajmy też o naszych najdroższych futrzastych 
przyjaciołach.

wszystkiego najpiękniejszego dla wszystkich:)

poniedziałek, 16 grudnia 2013

wspomnienia....

wspomnienia to takie obrazki, które zbieramy przez całe życie i układamy je w głowie.
czasem gmeramy w pamięci, żeby sobie coś przypomnieć, innym razem nagle i niespodziewanie pojawia się jakieś wspomnienie, najczęściej niezbyt przyjemne, takie, które schowane jest głęboko na dnie i o którym nie chcemy myśleć. bo boli, albo przywołuje przykre chwile z naszego życia. bo po prostu chcielibyśmy je wyprzeć z pamięci, bo nas uwiera.
bo wywołuje lęk....

to tak tytułem wstępu.

chcę napisać o sobie, o moich wspomnieniach i o tym, jak uległy przewartościowaniu, albo zwyczajnie znikły...

ponad dwa lata temu przeszłam ciężką operację ratującą życie,
podczas której o mały włos go nie straciłam.
operacja powinna trwać jakieś 4 do 6 godzin u mnie trwała 14.
właśnie w trakcie tej operacji nastąpiło u mnie  niedotlenienie mózgu, którego skutki mogły być nieodwracalne.
miałam szczęście, bo było ono bardzo krótkie, cokolwiek to znaczy, a i tak  moja pamięć zaczynała mnie zawodzić.
denerwowałam się, brakowało mi prostych słów, nie pamiętałam ich...
nie umiałam zbudować dłuższego zdania.
właściwie to umiałam, ale w pewnym momencie następowała blokada i brakło słowa.
to było okropne.
ale z czasem mój mózg się naprawił i teraz bardzo rzadko szukam potrzebnego słowa.
pewnie to też sprawa wieku.
i tu powrócę do tematu wspomnień.

duża ilość moich wspomnień zniknęła, lub głęboko się schowała.
zwłaszcza tych  złych wspomnień o których nie chciałam pamiętać.
przy odpowiednich pytaniach i podpowiedziach można je wydobyć ale po co?
są to wspomnienia zupełnie mi niepotrzebne do niczego.
coś mi się tam przypomina czasem ale tak, jakby to nie dotyczyło mnie tylko innej osoby, jakby to nie było moje wspomnienie.
i jest mi ono całkowicie obojętne.
 mózg wyparł z jakiejś tam swojej części te przykre wspomnienia.
moje życie nie było usłane różami, czasami było paskudnie.
jednak teraz, gdy o tym myślę , to nie mam nic nikomu za złe.
jest mi zupełnie obojętne to, co złego się wydarzyło w moim życiu.
było, minęło - czy aby na pewno mnie to dotyczyło?

natomiast miłe wspomnienia pamiętam doskonale!
wszystkie i bardzo szczegółowo.

chyba tak jest łatwiej żyć, bo i tak moja choroba daje mi zdrowo popalić.

czyż mózg ludzki nie jest jednak bardzo skomplikowanym organem?
myślącym w dodatku i wiedzącym co będzie lepsze na dalsze życie?

a może to przypadek, że tak się stało akurat z moimi wspomnieniami?

tego się nie dowiem i chyba jest mi to...obojętne.

i tyle.
 w tym roku zamierzam zapaść w sen zimowy i obudzić się dopiero w połowie marca.

a to takie krótkie ale piękne przypomnienie lata.

sobota, 14 grudnia 2013

zabawa na całego!







żeby nie było, że kradnę! zdjęcia pochodzą ze strony 

http://pudelekx.pl/koty-prawdziwe-dupki-17099

i wszystkie są podpisane, i można je upowszechniać. no!
piszę to po to, żeby mi google nie groziło sankcjami tak jak jednej z koleżanek.

wtorek, 10 grudnia 2013

dzień za dniem....


spokój zapanował na moim podwórku.
gapa wróciła i wpada co kilka godzin.
strzałka albo znika jak sen jaki złoty, albo udaje, że jej nie ma.
czasami nawet próbuje łasić się do gapy, ale jedno spojrzenie wystarczy i zapada się pod ziemię.

kociaki które urodziły się w lecie są tak różnej wielkości, że można by pomyśleć,
że różnica wieku jest duża.

największym kocurem jest piecuch. duży, okrągły i spragniony pieszczot.
pisałam o nim  
wtedy jeszcze myślałam, że to koteczka jest.
patrzy prosto w oczy takim żebrzącym wzrokiem, że nie można go nie przytulić.
ten kot całymi dniami je i śpi.

potem gapa przyniosła wypłosza. różnica między tymi dwoma kotami to tydzień, ale wglądają jakby
przynajmniej był to rok.
wypłosz od początku jest trochę dziki i ze zdumieniem przygląda się łaszącym się kotom.
on się tak spoufalał nie będzie!

no i najmłodsza, bo czteromiesięczna koteczka - operka.
od samego początku wrzaskul niesamowity, awanturnica i gotowa bić nawet dorosłe koty.
ostatnio rybkę koty dostały, jedna tylko była.
operka rzuciła się, wyrwała rybę z pyska innemu kotu i zjadła warcząc przy tym i jedna łapka waląc te koty, które za bardzo się zbliżyły.

ona i wypłosz to taka rozrywkowa dwójka jak razem się bawią, że kino wysiada.
miałam napisać jak to się stało, że wypłosz i operka pojawiły się na naszym podwórku, ale...
zawsze coś innego się dzieje.
albo lenistwo dopada.....

martwi mnie, bo mój ulubiony kot, miaukotek ma problemy.
to najspokojniejszy z kotów i zawsze skory do zabawy z maluchami.
i pieszczoch niesamowity!
kot o najpiękniejszych oczach....
pewnego dnia pojawił się z zakrwawionym oczkiem i rozerwaną skórą nad okiem.
zjadł i zniknął na kilka dni.
niepokoiliśmy się, czy coś się złego nie dzieje, może stan zapalny...
chcieliśmy z nim do weterynarza jechać.
tylko gdzie tego kota szukać?
przyszedł wreszcie, ale ma bielmo na ślepku.
nie widzi prawdopodobnie i niechętnie daje się głaskać.
nie mam pojęcia kto mu to zrobił...



wspaniały, łagodny kot i tak mu się stało.
bardzo nam go szkoda.

sobota, 7 grudnia 2013

w poczekalni...

 raz na pół roku udaje mi się spotkać z moją panią kardiolog w ramach narodowego funduszu.
w przychodni powiatowego szpitala.
nie ma kolejek, jeden pacjent co pół godziny - nic, tylko się leczyć.
właśnie miałam takie spotkanie....
pracuś poszedł sobie zapalić a ja musiałam trochę poczekać.  nienawidzę się spóźniać, więc przyjechaliśmy nieco wcześniej.
po chwili obok mnie usiadła pani, pewnie w moim mniej więcej wieku, sądząc po tym co mówiła.
a mówiła....

prawie dokładnie powtarzam.
"widzi pani, proszę pani ile ja mam lekarstw? całą torbę. one kosztowały 150 złotych, coś okropnego.
bo wie pani, proszę pani ja miałam zawał. i mam wstawionego tego no...jak on się nazywa...stena?
nie, stenta. i muszę brać leki do końca życia. i jeszcze mam cukrzycę i operację kręgosłupa miałam.
było dobrze, ale zapisali mnie na rehabilitację i wszystko popsuli. no bo po co mi to robili? znowu mnie boli i muszę tabletki łykać na kręgosłup. takie od bólu.
i jeszcze inne choroby mam różne.
oj, pani kochana, kiedyś to nam się powodziło! jak my zdrowi byli to zara po ślubie dom my postawili.
 bo ja posag miałam, a mój mąż w lesie pracował.
przy wyrębie. trochę na czarno a trochę za wypłatę.
ale tera jest na emeryturze i z nogami coś mu się porobiło, chodzić nie może.

a ja do pracy nie poszłam, bo jak my się pobudowali, to teściową wzięlim do siebie.
skaranie boskie, osiemnaście lat życie zatruwała. 
a ostatnie trzy, to jej z oka spuścić nie można było, bo, aż wstyd mówić, chodziła po domu i po kątach swoją potrzebę załatwiała.
a ja nic tylko sprzątałam.
a i tak nie upatrzyłam.
99 lat żyła, świeć panie nad jej duszą....

córka jak się urodziła, to taka niemrawa była, że matko boska!
pani kochana, co to z nią było.
po lekarzach po całej polsce  jeździlim i nic. tyle lat...
i liceum tylko skończyła przez tę chorobę nie wiadomo jaką.
i wie pani? nareście jeden lekarz z warszawy powiedział, że ona ma taką chorobę co to krew do serca dobrze nie płynie, zapomniałam nazwy.
i z lewego boku ciała jej zbywa od tej choroby.
i trzeba leczyć, bo młoda 25 lat ma.

a wie pani co! ta moja córka to miała w warszawie robioną operację. w najlepszym szpitalu w polsce.
miała operację zastawek, takich w sercu. ten szpital to jest w  dzielnicy co się anin nazywa.
słyszała pani może?
ja tam nawet pokój wynajęłam, żeby ją odwiedzać.
a pani też operację miała? w olsztynie może? nie?

a wie pani?
 ona dziecko urodziła.
my myśleli, ze takie chuchro z niej, to wnuka nie będzie a tu patrz pani!
pan bóg dopomógł...
w warszawie całą ciążę przeleżała i tam urodziła. półtora roku temu.
i weselisko było jak trza. 

przez te choroby i wesele to my wszystkie pieniądze wydali i jeszcze się zapożyczyli u ludzi.
drugi dom my by pobudowali, żeby nie jej choroba.

zięć to dobry człowiek.
studia wyższe ma i pracę.
niewyględny za bardzo, ale i córka przecie nie za dobra. chora.
o, to moja córka właśnie wyszła, to teraz pani?
wie pani co? szkoda, że pani też na serce chora. ale nie wygląda pani."

i tyle mojego. że nie wyglądam na chorą.
właściwie to wiem o tym.
ale czy każda choroba jest wypisana na twarzy?

 tak sobie myślę, że każdy człowiek jakiś tam bagaż niesie.
lżejszy lub cięższy.
bagaż, który go do ziemi przygniata.
czasem lżej, częściej mocno.
póki ma siły, to się podnosi.
a czasem padnie  i nie ma  siły wstać.
albo już mu się zwyczajnie już  nie chce.

a to widok z mojego okna wczoraj i dziś.
wyjść na podwórko nie ośmieliłam się



poniedziałek, 2 grudnia 2013

wtrącać się czy nie?

koty mi się pobiły.
w sensie dziewczyny, koteczki.
nie pierwszy raz zresztą.
a właściwie to tylko strzałka leje każdą inną kotkę.
nawet swoją małą córeczkę, co to ją pozostawiła na pastwę losu i poszła rodzić następne kociaki.
nie wiadomo co się z nimi stało, ale operka ( ta porzucona maleńka koteczka - córeczka ) właściwie sama dała sobie radę.
 matka ją zostawiła w naszej piwnicy, kiedy mała miała niewiele ponad miesiąc.

ale nie o tym....

od kiedy gapa przestała przychodzić na codzienne śniadania i łazi paskuda jedna nie wiadomo gdzie,
strzałeczka uznała, ze teraz ona rządzi.
najpierw wyglądało na to, że bawi się z operką.
ale kiedy mała zaczęła syczeć, wrzeszczeć i uciekać , uznaliśmy, że to nie przelewki.

w dodatku ilekroć na podwórko wejdzie inna kotka sąsiadów, natychmiast jest wyganiana na drugą stronę.
elektryczka, szarusia...

jeszcze tylko z gapą nie próbowała zadrzeć, pewnie  pamięta te baty jakie od niej dostała kilka razy.
za włażenie na moje kolana...
i te inne, tak na wszelki wypadek...

to jest słodka przylepka - strzałka - kawał łobuza
maleńka koteczka.

z kotami nie ma problemu. łasi się do nich, milutka przylepka.
kilka dni temu przybiegła elektryczka, nie zobaczyła jedzenia w dawnym miejscu, bo przenieśliśmy, ale poszła sprawdzić.
wtedy strzałka rozsiadła się w przejściu i nie pozwoliła jej wyjść.

trwało to około godziny, wreszcie cofnęło mnie od okna i poszłam po aparat.

przejścia nie ma.....

w pewnym momencie elektryczka przeskoczyła nad zagapioną strzałką  i dała dyla przez dziurę do drewutni tam, gdzie sypialnię mają małe koty.

strzałka natychmiast zaczęła pilnować dziury.

i znowu to trwało i trwało....

tymczasem elektryczka wystawiła pyszczek, ale bała się wyjść.
zdjęcie jest fatalne, ale już zrobiło się ciemnawo a ja nie włączyłam lampy.

  pyszczek elektryczki.

tego było już za wiele.
wyszłam na podwórko, pogoniłam strzałkę i wypuściłam przerażoną elektryczkę.
jakie ona miała przerażone i wkurzone oczy - przykro było patrzeć.
dałam jej trochę suchego, zjadła i uciekła na swoje podwórko.
nie rozumiem tego. to bardzo waleczna kotka i na ogół nie daje sobie w kaszę dmuchać.

a strzałeczka? 
spuściła manto operce, za nic, na wszelki wypadek i zaczęła się prowadzać z piecuchem.

piecuch nie bardzo chciał, pobiegł do drewutni więc podeszła do wypłosza, ale ten strachliwy nieco i zwiał.
nie wiem czy ona ma ruję (dwa razy w tym roku okociła się), czy po prostu uznała, ze to jej włości.
jest maleńka, przylepna, uwielbia głaski ale nie toleruje żadnej innej kociczki.

zobaczymy co będzie jak wróci gapa, czyli pani gospodyni.
 to wypłosz i operka. znaczy zarys operki.
bardzo trudno ją sfotografować, bo przeważnie jet w ruchu.

a co wy sądzicie o zachowaniu strzałki?
w końcu wasze doświadczenie jest większe od mojego. 

wtrącać się w te awantury czy nie?

niedziela, 1 grudnia 2013

grudniowe rozdanie...

dziś 

ogłosili na swoim blogu kolejne, grudniowe rozdanie.
tym razem i ja postanowiłam wziąć udział w losowaniu.
mam w grudniu imieniny, może tę kocią torbę wraz z zawartością
uda mi się wylosować?


czas pokaże....

środa, 27 listopada 2013

resztki z mojego ogródka....

trzy a nawet dwa dni temu przez chwilę świeciło słoneczko, więc wyskoczyłam zobaczyć co jeszcze nie dało się zimie w moim ogródecku.
biedne te kwiatuleńki.... ledwie zipią.




















malinka  gdzieś pod liściem się zapodziała.....





ptasie gniazdko znalazłam....pewnie koty je przywlokły.

potem sobie usiadłam i chwytałam promyki słoneczne.
 kociambry
wypłosz i operka



wywaliły szczotkę, a jak ona leży, to żadna zabawa. trzeba podnieść....
to taka trochę syzyfowa praca, bo zabawa polega na tym, żeby właśnie tę szczotkę przewrócić.
i tak się bawimy.....

a jak sobie usiadłam....

weź mnie na kolana....



no weź...

i jak tu odmówić takim oczom? jak odmówić najsłodszej, najgrubszej, upasionej do wypęku kociej przylepie?
i temu pyszczkowi co go szorowałam, bo myślałam, że brudny a to taka uroda....
no nie da się.
pozostałe koty jak zobaczyły piecucha na kolanach, to i one też, natychmiast!
wskoczyło ich pięć. 
zrozumiałe, że taka piramida musiała runąć.
nie pierwszy raz i nie ostatni....

a od wczoraj zima.
teraz zaczyna się najgorszy czas dla mojego organizmu.
aż nie chce mi się o tym myśleć .

niedziela, 24 listopada 2013

filiżanka....

prawie trzy tygodnie temu,  na blogu


z okazji pierwszych urodzin jej bloga zostałam wylosowana, nagrodzona

blog ma roczek (klik) 

 i mogłam sobie wybrać filiżankę ze strony


i wybrałam!
przyszła zapakowana jak drogocenny diament trzy dni temu. niestety pogoda była ponura, w domu ciemnawo, nawet przy lampie zdjęcia były byle jakie.
dziś na chwilę wyszło słoneczko, ja chwyciłam aparat i oto ona!







oczywiście zdjęcie jak zwykle nie oddaje urody przedmiotu.
ale i tak, filiżanka jest piękna!
ma przecudne, trudne do określenia kolory.
zaśniedziała miedź miejscami?
zależy jak światło pada.
w końcu to dzieło mistrza!

ps. filiżanka nie jest malutka. ona ma pojemność normalnego kubka.