o nas, o mnie...

w mazurskiej krainie mieszkam od grudnia 2011 roku. przyjechałam tu z warszawy. oboje mieliśmy dość miasta. potrzebowaliśmy odpoczynku po pracowitym życiu... nie sądziłam, że tak pokocham ten skrawek polski...
jest piękny jak marzenie....


witam:)

moi mili....
od zawsze, czyli odkąd wiele lat temu założyłam bloga - nie używam dużych liter. ani w nazwach, ani w imionach czy nazwiskach. ci, co mnie znają od lat - wiedzą o tym. tych, z którymi się dopiero poznajemy - po prostu uprzedzam.
to nie brak szacunku, to sposób pisania:)

.....................
i jeszcze:
nie komentuję wpisów anonimowych, tylko je kasuję.
kultura nakazuje, żeby się przedstawić w jakiś sposób.
przecież nie jest trudno wpisać imię lub nick.

a to wy...

paczę na was.....

paczę na was.....

czwartek, 29 listopada 2012

podaj dalej...

kilka dni temu wpisałam się jako druga w komentarzach na blogu amyszki, która ma trzy urocze koty przecudnej urody. stałam się więc kolejnym uczestnikiem zabawy - podaj dalej:)
zabawa ta polega na obdarowaniu dwóch pierwszych  osób, wpisujących komentarz pod tym postem jakimiś nagrodami - niespodziankami.

no i dziś pan listonosz, brnąc w strugach  deszczu, bo nikt mu bramy nie otworzył, żeby mógł wjechać pod dom zapukał z paczuszką.
pies spał w budzie....

zobaczcie jaki fajny zestaw dostałam:)


koci kalendarz - w sam raz, bo nowy rok się zbliża.
parka kotków - hmmm, ciekawe czy łaciatki będą z tego mariażu?
no i osławione kocie języczki!
do tej pory tylko o nich czytałam i na zdjęciach je oglądałam!
a teraz mam!

dziękuję ci pięknie amyszko....za wszystko!
i głaski dla twoich  kotyszków!

a jak się  pracuś ucieszył!  on też takich czekoladek nie znał a łasuch jest niesamowity i pytał o nie nie raz.   

tak więc czas najwyższy odwdzięczyć się i.....
podać dalej!
czyli
 dwie pierwsze osoby, które zamieszczą komentarz pod tym postem będę kolejnymi nagrodzonymi nagrodą - niespodzianką.
o ile oczywiście wyrażą na to zgodę i zechcą zabawić się w podaj dalej...


a to listek naszego podwórkowego berecika
takie cuda tworzy amyszka!

wtorek, 27 listopada 2012

jeden moment....

warszawskie wspomnienia.


stała na brzegu chodnika przy przejściu dla pieszych.
"zawsze na tym rondzie samochody tak pędzą ", pomyślała. "wszystkim się spieszy, wiadomo, ale dlaczego taka ogromna prędkość?. w dodatku pogoda brzydka. pada śnieg, jest ciemno. no tak, przecież jest styczeń, ludzie wracają z pracy, każdy ma jeszcze coś do załatwienia. płatki śniegu w świetle zapalonych lamp wirują i opadają cichutko....
jakie tam cichutko, przy tym hałasie nikt by niczego nie usłyszał" - uśmiechnęła się do siebie.
wpatrywała się w sygnalizator świetlny, zaraz będzie zielone...
"ciekawe dlaczego po mojej stronie ulicy stoi tak wiele osób, a po drugiej stronie tylko ta kobieta? jedzie w przeciwnym kierunku i nie będzie musiała stać w korkach. ta to ma szczęście, pusty autobus ją czeka i spokojna jazda.....
no, ale ja też mam już blisko do ciepłego domku. jeszcze trzy przystanki".
nie pamiętała co było najpierw: czy usłyszała huk malucha walącego w sygnalizator i odbijającego się od niego, czy zobaczyła tamtą kobietę wylatującą w powietrze i spadającą jak szmaciana lalka jakieś dwa metry od niej. w następnym momencie maluch w sposób niekontrolowany przejechał obok niej, staranował jakieś słupki, wyrwał metalowe drzwi parkingu i  zatrzymał się na parkujących samochodach. a może to wszystko działo się jednocześnie, tylko jej umysł rejestrował to jakoś dziwnie: najpierw w mgnieniu oka, potem na zwolnionych obrotach.
ile czasu to trwało? pewnie moment...
z rozbitego samochodu wybiegło czterech młodych, dobrze zbudowanych byczków. najstarszy miał może ze dwadzieścia lat...
stała jak wmurowana. słyszała ludzkie krzyki, ktoś wrzeszczał w ile sił w płucach....kobieta? mężczyzna?. nie potrafiła odróżnić. słyszała tylko ten wibrujący dźwięk...
drżącymi rękoma wyjęła z torebki komórkę i zadzwoniła najpierw na pogotowie, potem na policję.
-wypadek, tu i tu, kobieta potrącona przez samochód, leży bez ruchu w pobliżu krawężnika. proszę, przyjedźcie szybko!- ona też krzyczała w słuchawkę.
przekrzykiwała  ludzi i samochody.

- jestem lekarzem, odsuńcie się, luuuuudzie, odsuńcie się na litość boską!!! - ktoś wołał...


samochody zwalniały, okrążały leżącą, a potem pędziły dalej. ile gazu pod nogą....ile pozwoli licznik....jakby nic się nie wydarzyło....to nie dotyczyło przecież ich, ktoś obcy tam leżał...
ona nie mogła się ruszyć z miejsca. nogi miała jak przykute betonem do chodnika. patrzyła na leżącą, dziwnie wygiętą kobietę i nie zrobiła żadnego ruchu...
- pani pożyczy komórki- usłyszała.
obejrzała się. to jeden z tych młodych ludzi z malucha.
bezmyślnie podała mu komórkę. nie myślała, a może za dużo miała myśli i nie umiała ich uładzić?
- tato, miałem wypadek. przyjedź natychmiast. zaraz tu policja będzie. tato!!!
przejechałem kobietę! nie, nie wiem czy żyje, nie rusza się, nie wiem nic, boję się zapytać. tato, błagam, tato! k.rwa mać, tato, przyjedź!
"taki młody człowiek" - pomyślała. -  "gdzie tak pędził z kolegami? dokąd się spieszył? czy był trzeźwy? a jego rodzice"....
"a co mnie to obchodzi", potrząsnęła głową. "pędził jak idiota, ściął zakręt i wpadł na stojącą kobietę. przeleciała na drugą stronę ulicy, leży bez ruchu. boże drogi, jak mi jej szkoda....młoda dziewczyna, a zresztą co za różnica ile ma lat?
może nic jej nie będzie, może tylko się uderzyła i dlatego się nie rusza?
zaraz będzie pogotowie, o! już jest!"

lekarz, który udzielał pierwszej pomocy coś mówi do tego z karetki, kiwają głowami, podają sobie ręce.
nosze. tak! bardzo delikatnie ją kładą i przenoszą do karetki, ale nie odjeżdżają. dlaczego?
"boże, gdybym tak mogła ruszyć nogami, pomyślała. podeszłabym i zapytała. może by mi powiedzieli?
nic z tego, stoję w miejscu, nikogo już nie ma a ja stoję tak już, sama nie wiem ile czasu. dlaczego moje nogi nie mogą ruszyć się z miejsca?"
karetka odjechała. policja zabezpiecza ślady, przesłuchuje chłopaków.
" o, przyjechał ojciec. to dobrze" - pomyślała. wszyscy nerwowo zaciągają się papierosami...coś do siebie mówią. ojciec gestykuluje, chłopak krzyczy, płacze, wyciera łzy rękawem...
- dobrze, że żyje - powiedział policjant. słyszała te słowa....już gdzieś je słyszała. jakieś dziwne myśli przemykały jej przez głowę. takie błyskawiczne, przelotne, nie do poukładania. uciekały szybko, zanim je zdążyła uchwycić. coś ze sobą niosły, czy zupełnie nic?
nikogo już nie ma. kolejni przechodnie przekraczają pasy i idą gdzieś tam, przed siebie....
ona stoi nadal....
ktoś coś mówi...gdzie ja to słyszałam, kto mówił te słowa: "czy pani mnie słyszy? słyszy mnie pani?"
- czy pani mnie słyszy? - młoda, ładna policjantka stoi obok niej - czy pani tu jest od początku? czy widziała pani ten wypadek? nie odeszła pani jeszcze? czy coś się stało? hallo, proszę pani, proszę się odezwać. nic pani nie jest? czy pani mnie słyszy?
- widziałam - odpowiedziała.
-czy złoży pani zeznanie? teraz? a może dam pani telefon i adres?
 - tak, złożę - powiedziała.
przeprowadzę panią na drugą stronę, dobrze? idzie pani do autobusu? pójdę z panią, ok?- policjantka ujęła ją pod rękę i doprowadziła do przystanku.
- dziękuję pani - powiedziała cicho.
i wtedy sobie przypomniała.
dokładnie rok temu, kilka przecznic dalej to ona tak leżała na ulicy.
w brei śnieżnej, w ciemnościach. blisko przystanku. tylko ludzi nie było. to było rano, około 6-tej.szła do pracy.
skulona, złamana, bezradna...nie czuła bólu....nic nie czuła.
przed momentem poczuła, że została wyrzucona do góry....wysoko.....
w jej głowie rozbłysły światła tak  piękne jak sztuczne ognie. tyle barw...cudowny widok. ale nie opadały w dół, tylko biegły do góry układając się w barwne pąki tysięcy kwiatów. przepięknych kwiatów, takich kolorowych...
spadając zdążyła pomyśleć :
"czy to jest śmierć?" ...piękna....
bez strachu i bez żadnych emocji. bez bólu. bez świadomości.
wystarczył jeden moment....

c.d.n.

przepraszam, że nie odpowiedziałam na komentarze. ale właściwie co ja mogłam jeszcze napisać?

piątek, 23 listopada 2012

pogotowie...

 na zakupy na ogół jeździmy do iławy . bo tam i miasteczko ładne i jezioro urocze.
i kawka w różnych kawiarniach smakowana- tak dla porównania...
przeważnie jeździmy w sobotę, czasem w inne dni.

wczoraj zapadła decyzja, że zakupy dzisiaj, bo od jutra zima w telewizorze!

justyna kowalczyk, skoczkowie, a ja wprost pasjami uwielbiam zimowe sporty.
ciekawe, bo samej zimy nie lubię.
a justyna to jest dla mnie  bohaterka - niech ktoś sobie mówi co chce!

wstaliśmy rano -hmmm, rano to pojęcie względne, bo ja około 10.00 - jak zwykle.
i matkomojakochana, nie ma świata za oknem! nic! biało!
jejku, jak tu jechać?
pracusia jak stanął na tarasie widziałam, ale brzegu tarasu już nie....

no trudno, myślę, jutro na pewno nie pojedziemy, bo cały dzień sport, ale może w międzyczasie  7 kilometrów do marc polu w miasteczku się przeleci?

 mgła powoli zaczęła się robić łaskawsza i ruszyliśmy.
wszak nikt nam nie zagwarantuje, ze jutro będzie mniejsza.

matko kochana spociłam się przez tę jazdę jak mysz przy porodzie!
nie dość, że prawie nic nie widać, choć fragmentami było całkiem bezmgielnie, to jeszcze te porąbane tiry biedronkowe!
 no, oni chyba specjalnie zatrudniają kierowców pseudo rajdowców ! 
jak taki wypadnie zza zakrętu na pełnym gazie, to tylko oczy zamykać i opatrzności bożej wyglądać.
bo przecież mazurskie drogi to szeroka autostrada, bez zakrętów o 180 stopni, płaska i w ogóle można pędzić...na ogół 40 km/h.
a było tych biedronek dziś jak na rozmnożenie.

przed iławą mgły już nie było prawie, odpoczęliśmy sobie przed przejazdem kolejowym czekając na pociąg. byle jaki, bo nie wiem dokąd jechał. 
a jechał jak te biedronki, tylko jeszcze syrenę włączył...



zakupy zrobione, przy okazji kupiłam kurtkę. nie dlatego, ze nie mam w czym chodzić, ale ja kurde ubrań nie umiem zniszczyć, choćbym się nie wiem jak starała, i łażę latami w tym co mam.
i wkurza mnie to!
no to postanowiłam, ze tej zimy po polach będę chodziła w nowym. a co!?

ale ja nie o tym wcale chciałam.
no to do brzegu, bo na pełnym jeziorze dryfuję a główny wątek w lesie....
już kilka razy w iławie przejeżdżałam obok pogotowia.
różne pogotowia widziałam, ale takiego jeszcze nie .
tylko nigdy aparatu nie miałam, bo u mnie z aparatem to na ogół jak z komórką: gdzieś jest...
dziś wzięłam ze sobą aparat.
i prezentuję wam moi mili iławskie pogotowie:


numeru telefonu celowo nie zrobiłam, coby komu do głowy nie przyszło  dzwonić!

miłego weekendu bez zgniłego wyżu wszystkim życzę.

poniedziałek, 19 listopada 2012

ósemka...

jakiś tydzień temu,  pracuś, jak codziennie, wyniósł na dwór kolację dla kociego towarzystwa.
po chwili mnie woła.
- chyba mam coś z oczami, dość ciemno  jest i dobrze nie widzę. kurza ślepota, czy co...
-ale o co chodzi ?- pytam.
-popatrz na te koty, przytyły ? tak z dnia na dzień? zwłaszcza gapa jakaś szeroka...
no to ja patrzę na koty i coś mi się nie zgadza.
gapcia czarna jak smoła, wprawdzie przytyła trochę, tak jak inne koty, ale nie aż tyle.
przyglądamy się dalej i....o matko moja jedyna!
są trzy malutkie kociaki.
  jeden czarny , jeden czarno biały  i jeden piękny ciemno bury
tylko skąd się wzięły?
wprawdzie cwaniaczka urodziła kociaki w końcu czerwca, ale w czasie żniw ślad po niej zaginął.
kociaki by tyle czasu same nie przeżyły...
tofinka też była przy nadziei, ale bardzo krótko, nie urodziła.
no to skąd te koty????
przyszły jakiś kilometr spod lasu?
niemożliwe.
kociaki ufne, widać, że ludzi się nie boją....
najadły się i dały dyla w ciemność.
z wrzaskiem niesamowitym.

i tyle je widzieliśmy... ja już myślałam, że halucynacja zbiorowa to była...

ze trzy dni temu pokazał się burasek - okazuje się, że to najodważniejszy kociak z tego towarzystwa.
traf chciał, że na swoich podwórkach byli akurat grzesiek i pracuś.
no i pracuś niewiele myśląc zapytał o koty.
grzesiek jak zobaczył buraska - maiukotka, nieco się wkurzył. powiedział, że te koty to oni dostali, bo nie miał się nimi kto zająć a zima idzie....
a ten skubany do sąsiadów poleciał...
no, pomyślałam sobie, u was to im będzie dobrze, najedzą się chleba albo kartofli, z kurami w kurniku pośpią...
bożena zakomunikowała, że wstawili im do stodoły budę i koty tam mieszkają.
miałam na końcu języka pytanie, czy je sznurkiem przywiązała do tej budy.
niepotrzebnie.
jeszcze tego samego wieczora wszystkie trzy kociaki zameldowały się na kolacji a potem poszły spac do naszej piwnicy.
a w piwnicy to nie byle co, kołdra, poduszka...
teraz jak pracuś do piwnicy schodzi po schodach, to mu się osiem kotów plącze pod nogami.
tłumaczyłam, ze pewnego dnia bożenka wpadnie tu z jakimś ciężkim przedmiotem, bo te koty już w ogóle nie bywają w swoim domu.
jeszcze niedawno, gdy któreś z sąsiadów za płotem zakiciało, albo łyżką o talerz stuknęło, to cała hałastra gnała do kromki chleba albo ziemniaka.
teraz nawet jak któreś wyrwie, to w połowie drogi  zatrzymuje się i zawraca .
i pewno moi sąsiedzi napiszą skargę do sołtysa, że im koty ukradliśmy....
o, albo my napiszemy, że grześki podrzucają nam koty do karmienia a my już nie wyrabiamy finansowo.
tak czy tak bardzo jestem ciekawa jak ta historia się zakończy .
kotów póki co nikt nie przetrzymuje - po prostu okno do piwnicy musi być na razie otwarte.
a koty jak koty - idą tam, gdzie im lepiej.

a oto nasze - nie nasze kociaki;


czarny - nienasz.



miaukotek o prześlicznym kolorze


śliczny, nieco stroniący od ludzi przecinek

ja wiem, ze to nasza wina, bo zaczęliśmy karmić cudze koty, ale one takie zabiedzone były.
te małe już nie, ale nimi się kilka osób opiekowało, zanim tu trafiły.
słusznie bożena będzie miała pretensje, ale ja się odciąć umiem i jak się wkurzę, to bardzo grzecznie jej powiem co myślę.
grzecznie i dosadnie.


ps. wczoraj zaczęliśmy z bólem serca odzwyczajać koty od przesiadywania w piwnicy.
maluchy z początku protestowały, wracały jak bumerangi, ryczały w niebogłosy, że to niesprawiedliwe, waliły łapkami w okno salonu.
pies się wmieszał szczekaniem - awantura na pół wsi...
przeszło maluchom.
dziś co jakiś czas wpadają sprawdzić, czy nic się nie zmieniło i czy żarełko czeka.
i ganiają po drzewach.
mam nadzieję, że bez burzy się obejdzie.

czwartek, 15 listopada 2012

z cyklu "warszawskie wspomnienia"...

tytułem wstępu:
w mojej rodzinie jest w tej chwili 6 psów i 2 koty. mówię tu o kotach "domowych", bo wszyscy mieszkają w mieście. kiedyś pisałam historyjki obrazkowe o psiakach. teraz chciałbym je od czasu do czasu przypomnieć...

psie opowieści....




to my!
ja nazywam się ozzy i jestem sznaucerem a ten mały ma na imię carman - jest yorkiem.
wiecie, że on waży pół kilo? tak mówi mój pan.
taki mój młodszy i mniejszy braciszek.
baaardzo się kochamy!


kiedyś,
 jak niespodziewanie rano wpadliśmy z wizytą do mamy naszego pana, to  pozwoliła nam poleżeć w łóżku.


ale było fajno!
a dziś już nie było tak różowo....
mama naszego pana  jeszcze spała, kiedy przyjechaliśmy w odwiedziny. chcieliśmy bardzo się przywitać. ale pan zamknął nam drzwi przed nosami. 
tylko zapomniał, ze mamy swoje sposoby.
piszczeliśmy pod drzwiami tak długo, aż mama naszego pana  wstała.
potem poszliśmy na długi spacer i szaleliśmy w parku.
pilnowaliśmy się jak zawsze, bo lepiej mieć na oku mamę pana.
ale ona też nas miała na oku i nie pozwoliła carmanowi wpaść do stawu.
małe to i nie widzi, gdzie leci. a mówiłem, żeby się mnie pilnował!.

wróciliśmy zmachani i trzeba było się przespać. 
ale mama naszego pana nie pozwoliła nam wskoczyć do łóżka.
na sofie położyła jakiś koszmarny kocyk i to miało być nasze łóżko.
powiedziała, że na pościel to zbyt wyszargani jesteśmy...
co to znaczy "wyszargani"?

carman padł, ale ja jeszcze trochę popilnuję mamy naszego pana.


ale mam piękne sny..


ty, carman, mogę się do ciebie przytulić? zimno tu...


przeginasz ozzy, jak ja się tu zmieszczę? też chcę mieć wygodnie.


no dobra, niech ci będzie ozzy, ja się jakoś skulę.


o, chyba nasz pan wraca. lecimy?
a tak w ogóle to było czadowo.
u mamy naszego pana robimy co chcemy. 
 carman to bardzo lubi spać u niej na kolanach. ja jestem na to za poważny.
 za dwa dni znowu przyjedziemy!!!

poniedziałek, 12 listopada 2012

skubi....





było o kotach, teraz będzie o psie.
całe życie uwielbiałam psy, sama je miałam, albo miały i mają moje dzieci.
ale historia skubiego jest dość skomplikowana i mimo, że go lubię, to mamy do siebie bardzo dziwny stosunek:
on mnie lekceważy a ja udaję, że tego nie widzę.
no, chyba, że nie ma pracusia w pobliżu i pies nie ma wyjścia - musi zrobić to co mu każę - najczęściej chodzi o wejście do klatki.
skubi to pies, który po prawie trzech latach pobytu w schronisku znalazł przystań u violetki i sławka, poprzednich właścicieli naszego domu.
niestety, kiedy wyprowadzali się, nie mogli go wziąć, bo ich nowy dom nie był gotowy - zamieszkali w dwupokojowym mieszkaniu rodziców. 
czyli: rodzice violetki, jej mąż i dwoje dzieci.
szkoda nam było psiaka, który zresztą jest uroczy i pełen radości i zgodziliśmy się nim zaopiekować.
tym bardziej, że kupując dom postanowiliśmy, że weźmiemy ze schroniska jakieś potrzebujące miłości psisko i kocisko.
no dobra, zostawili nam skubiego a my nie mieliśmy pojęcia jakiego szatana bierzemy sobie na głowę....
skubi przez całe swoje życie mieszkał w klatce.
nie było mowy o wybieganiu się, bo z klatki wychodził raz w tygodniu na 15 minut.
jego opiekunowie nie tolerowali biegającego po podwórku psa...
postanowiliśmy to zmienić i pies całymi dniami przebywał na swobodzie.
problem polegał i nadal polega na tym, że jedyną komendą jaką psiak rozumie i wykonuje jest....daj łapę.
przez trzy lata pobytu poza schroniskiem nie nauczono go zupełnie niczego...
violetka i sławek nie widzieli potrzeby uczenia psa czegokolwiek...

a my? sześcioletni pies nie jest skory do nauki zwłaszcza jeśli ma do obwąchania całe podwórko i do zakopania na zapas kości z miski.
żeby nie było - próbowaliśmy. tyle tylko, że pies dokładnie wszystko olewał i robił swoje.
jego ulubionym sposobem na okazywanie czułości było skakanie na klatkę piersiową.
a ja po operacji, z rozciętym mostkiem ...unikałam go jak mogłam.
może uznał, że w mojej obecności to on rządzi?
a ja nie takie psy uczyłam posłuszeństwa.
ale to było kiedyś, zdrowa byłam...
mało tego, skubi kilka razy wydostał się nam poza ogrodzenie i blady strach padł na nasze buźki, bo wiedzieliśmy od sąsiadów, że psina dusi kury w ilościach hurtowych, również koty, których nienawidzi bo tak już ma.
podobno poprzednio bywały na niego skargi, tyle, że nikt nas nie uprzedził...
a jak mi wiosną wyleciały w powietrze świeżo posiane i posadzone kwiaty na rabatkach, to prawie się popłakałam.
zupełnie jak wtedy, kiedy pierwszy raz witając się ze mną skoczył mi łapami na jeszcze nie zrośniętą klatkę piersiową.
a ja się nie spodziewałam tego...
z kotami miał już kilka krwawych przepraw, ale to go nie nauczyło rozumu...
kilka małych kociaków wyrwałam mu dosłownie z pyska.
inne same dały sobie radę, ale ile mnie to zdrowia kosztowało!

poza tym godzinami potrafi szczekać....na nic.
wiat wieje, motyl leci albo mucha, listek lata, gałęzie szumią - zawsze jest powód do szczekania.
nigdy nie wiadomo czy pies szczeka, bo coś się dzieje, czy ma akurat fanaberyjne godziny.
dobrze, że psy sąsiadów lepiej pilnują naszego podwórka niż skubi.
kilka nocy temu, szczekał od 24 do 2 . prawdopodobnie żaba mu weszła pod budę...
on szczekał, nie dał się uspokoić i nie spaliśmy my ani nasi sąsiedzi...

violetka i sławek porządkują już teren wokół nowego domu i budują klatkę dla psa, coby po całym podwórku nie latał.
tyle tylko, ze byłam tam wczoraj i nie widziałam nic co by mogło wskazywać na to, że zabiorą psa.
wkurzam się powoli, bo nie lubię niesłowności.
każdy ma jakieś plany a przecież nie musieliśmy godzić się na pilnowanie psiaka.
właściciele skubiego zdaje się mają to w nosie.

sławek może nie tyle, ale violetka i ich syn, damian bardzo tęsknią do skubiego. widać to po ich oczach, kiedy wpadają na trochę.
a pies?
po ich odejściu siedzi i patrzy przed siebie, w stronę w którą pojechał ich samochód.
wiem, że oni powinni być razem, choć nie będzie miał takiej swobody jak u nas.
to oni są jego przyjaciółmi a on ich szczerze po psiemu kocha.
acha - to jest jedyny pies z dredami jakiego kiedykolwiek widziałam.
całe życie marzyło mi się, że mam psa, mam kota i te sierściuchy kochają się nawzajem.
ale ten numer to nie ze skubim.




i nie chodzi o to, ze jestem wredna baba, co się zaparła, że tego psa nie chce.
ja jestem potrzebna psu,  który potrzebuje miłości, który polubi koty i będzie żył  w zgodzie z innymi zwierzętami.
takiego, którego nie będę zamykała do klatki.
nienawidzę tego.
ale ze skubim się nie da. orze ziemię z szybkością kombajnu, niekoniecznie tam, gdzie potrzeba.
a ani pracuś, ani ja nie mamy czasu cały dzień biegać za psem i patrzeć co akurat nabroił.

piątek, 9 listopada 2012

wyróżniona....

najpierw dostałam od lusi


za pogodę ducha i poczucie humoru:)

a następnego dnia od jasnej...


i trudno,  trzeba odpowiedzieć na pytania:

1. mój ulubiony numer - 7 - to moja cyfra urodzeniowa.
2. ulubiony napój bezalkoholowy - nie mam ulubionego napoju.
3. ulubione zwierzę - i kot i pies
4. ulubiona pasja - ogród
 5. ulubiony dzień tygodnia - na emeryturze każdy dzień jest ulubiony:). 
6.  facebook - owszem, twitter - nie, zdecydowanie
7. ulubiony kwiat - prawie każdy na który patrzę w danej chwili.
i to tyle.pytania banalne, kiedyś odpowiadałam na trudniejsze....

szczerze?
nie lubię typowania, bo to nigdy nie jest sprawiedliwe. i wiem, że wiele osób tego nie lubi...
ale skoro muszę

1. lotka           http://comniecieszy.blogspot.com/
za jej dobre serce, ciepło, za piękne słowa, które u niej czytam od lat a dopiero niedawno się odezwałam.
2. andante       http://babciaeuropejka1.blogspot.com/
też lata całe za nami, pięknie pisze o muzyce, o swoich cudach, w ogóle jest fantastyczna.
3. anna            http://dzialka-anny.blogspot.com/
ona pomogła mi odnaleźć piękno kwiatów, sprawiła, że coraz bardziej rozumiem ogród
4. dominika     http://siedlisko-sumowko.blog.onet.pl/
dzięki niej poznałam piękno pojezierza, piękno lasu i przyjaźń między dwoma kotami i cudownym psem.
5. paczucha     http://paczucha.blog.onet.pl/
choć na razie ma milczące chwile, to jak napisze, to dopiero jest frajda czytania. pięknie pisze! i kota ma!

a poza tym uważam, że to dzięki  wam wszystkim, jest mi tu dobrze . i wszystkim należą się te dwa wyróżnienia. dziękuję pięknie jeszcze raz:)

wtorek, 6 listopada 2012

tofi, tofi, tofi...

kiedy przedstawiałam dokarmiane koty, napisałam, ze tofinka to niekończąca się historia....
i tak jest.
dlatego opowiem wam naszą, tofinki i moją historię.

jakiś miesiąc po tym, kiedy zaczęliśmy dokarmiać koty sąsiadów, w środku dnia usłyszałam przeraźliwy wrzask, pisk i nie wiadomo jeszcze jakie dźwięki.
zdziwiłam się, bo nigdy nie zdarzyło się, żeby na nasze podwórko wszedł kot kiedy pies biegał luzem.
wszystkie koty wiedziały, że ten pies to bandyta i chętnie by się kotami odżywiał.
ja jeszcze nie bardzo dobrze chodziłam po operacji, ale scena jaką zobaczyłam dała mi taką adrenalinę, że pokonałam kilka stopni ganku, wrzeszcząc do pracusia o pomoc.

pies stał na środku podwórka i machał głową, a wokół jego głowy majtał się kot.
nie pomagało: puść, zostaw i inne mniej cenzuralne słowa. kot latał psu dookoła łba.
niewiele myśląc złapałam psa za obrożę, on się szarpał a ja z bólu miałam gwiazdy w oczach.
w tym momencie kot dziwnym sposobem poleciał pod tuje i tam został. 
psa przejął ode mnie pracuś a ja powlokłam się do kota.
tyle tylko, że pies jakimś cudem wyszarpnął się i też pognał do kota.
ja byłam szybsza, złapałam kota, nie mając pojęcia czy żyje i co z nim jest.
był cichutki jak myszka.
pies natomiast wył w niebogłosy...
obejrzałam kota, maleńkiego kociaczka - pozornie był cały, choć zakrwawiony.
pies wył, krew się lała strumieniem.
okazało się, że maleńki kotek pokonał dużego psa wbijając mu pazury w nos.
stąd ta krew. z psa - nie z kota.
odniosłam kociaka do domu, przytulając go i głaszcząc.
tofinka chwilę po uratowaniu...

i od tamtej pory moją właścicielką jest właśnie ta maleńka tofinka.

na wiosnę spotykałyśmy się obie za drewutnią, bo ona nie wchodziła do nas, bała się.
to były wspaniałe zabawy.
wtedy właśnie została moją właścicielką. 
i tak jest nadal.
jeśli tylko widzi, ze ja bawię się z jakimś kotem - to natychmiast ten kot dostaje łomot.
jak jest szczególnie wkurzona - to i mnie się łapą obrywa.
choć już teraz nie, bo kilka razy dostała palcem ode mnie.
ona łapą - ja palcem.
ale koty dostają łomot równo, nie ma starszy czy młodszy. 
niech tylko któryś zbliży się do mnie  za bardzo.
ostatnio biedna jest gapa, bo lubi siedzieć u mnie na kolanach.
tofinka leje ją wtedy, gdy mnie nie ma w pobliżu (widzę te bijatyki przez okno).
a poza tym?
jeśli spotkamy się za drewutnią, lub kociczka wraca z pola a ja zawołam: tofi, tofi, tofi, to natychmiast jest przy mnie, łasi się, mruczy - taka mała kiciunia z przed kilku miesięcy.
przy pozostałych kotach mogę sobie wołać ile chcę.
udaje, ze mnie nie zna, że to nie do niej....
czasem nawet syknie na mnie, nastroszy się...
i powiedzcie mi, jak to możliwe, żeby taki kociak zapamiętał, kto mu uratował życie i kto się z nim w dzieciństwie bawił?
bo nie mam wątpliwości, że ona pamięta.

tofinka teraz...
i jeszcze.
dość często tofinka podchodzi do psiej klatki, siada w odległości około pół metra i wpatruje się w psa.
pies toczy pianę, szaleje, mało się nie wścieknie...
a kociczka po jakimś czasie podnosi sie i dostojnym krokiem odchodzi....

ps. otrzymałam dwa wyróżnienia, dzień po dniu. 
napiszę o nich w następnej notce, a teraz tylko baaaardzo dziękuję:)

piątek, 2 listopada 2012

będę miała ogród...

tyle, że dopiero w przyszłym roku.
kupując  dom nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że tu może nie być ani jednego kwiatka.
kiedy go oglądaliśmy nic nie kwitło, ale myślałam, ze może przekwitło i już nie ma.
no i okazało się, ze nie ma, bo nigdy nie było.
a, nie, przepraszam, za drewutnią schowane, kwitły róże.
które zresztą wymarzły zimą i bardzo późno dwa krzaki odbiły.

bożenka usiłowała violetce wcisnąć jakieś kwiaty, ale violetce podobno nic nie chciało wyrosnąć.
podobno, bo ja tu nie widzę miejsca gdzie cokolwiek mogłoby być posiane czy posadzone.
są tylko drzewa i krzewy iglaste a między nimi kamyki lub trawa.
na wiosnę pracuś wyrwał trochę miejsca i posadziliśmy przede wszystkim dalie i posialiśmy różne kwiatki jednoroczne. oraz szpaler słoneczników, które latem dawały nieco cienia.
bo oprócz tego, że nie ma kwiatów, to nie ma żadnego drzewka. jest wprawdzie sad, ale to w pewnej odległości od domu i bez sensu jest latać tam na kawę.
zwłaszcza, że za płotem stoją krowy sąsiadki i gzy złośliwie i boleśnie kąsają tego, co nieopatrznie za długo zwiedza.

marzył mi się ogród przed domem, wokół domu, blisko domu. tak blisko, żeby można było wejść do niego prawie prosto z domu....
niestety...
teren jest tu bardzo podmokły, wody gruntowe czy jakieś tam podskórne mają się dobrze.
tak więc poprzedni właściciele nawieźli na podwórko kilka wywrotek gruzu, wyrównali to, lekko przysypali naszą gliniastą ziemią i posieli trawkę.
a nam się zachciało róż pnących ....
co się ten pracuś kilofem namachał coby dołki pod nie wykopać.
i, żeby drzewka wokół tarasu posadzić...
 trochę dalej nie ma już kamieni, za to jest ubita ziemia, którą wywozili tu, kiedy kopali staw.
chyba walcem ona ubita jest.
wykopać dołek pod jakiś krzak to wysiłek nie lada!
a my chcieliśmy drzewek i krzewów, żeby cienisty kącik był.
nasadziliśmy tego dość dużo na wiosnę, ale jakoś słabo rosło....

poza tym niestety, nie ma przy naszym domu skrawka cienia.
nie wiem jak można mieszkać prawie 13 lat na takiej goliźnie bez cienia.
czy oni w ogóle nie wychodzili z domu?
a dzieci to się w pełnym słońcu bawiły, czy w domu siedziały?
muszę przy okazji zapytać o to violetkę, choć ona ostatnio niezbyt często do nas wpada.
tylko syn przynosi kości dla psa.
ale o ogrodzie miało być. 
o tym co go na razie nie ma.
kupiliśmy wywrotkę, taką olbrzymią ziemi ogrodowej i pracuś porozwoził ją zgodnie z moimi planami.
w cztery miejsca, bo taki będę miała ogród.
wolałabym inaczej, ale inaczej się nie da.
póki co mam tylko swoje karpy dalii i trochę róż.
wszystko inne muszę kupić. moja sąsiadka sieje tylko kwiaty jednoroczne i ma kilka pięknych peonii.
ja mam tylko dwie , ale nie wiem, czy zakwitną, bo to oporne kwiaty są...
poza tym chcę mieć przede wszystkim rośliny wieloletnie.
jednoroczne będę też siała, mam już nawet trochę nasion.
a najlepiej to zapadnę sobie w sen zimowy i wtedy odłożę kasę na kwiaty!
o!

wszystkie nasze zakupy drzewno - krzewowo - kwiatowe robiliśmy albo na allegro, albo w sklepach internetowych. i ani razu się nie zawiedliśmy.
we środę posadziliśmy kilka krzaków róż - przyszły ze sklepu internetowego.
i to tyle w tym roku....

a kiedy oglądam wasze wieloletnie ogrody, to marzy mi się, że i ja kiedyś...może...



mój tej jesieni wygląda tak...


a swoją drogą ciekawa jestem co wyrośnie z tych  dziwnych samosiejek....